Przemyślenia o świadomości (śmierci), życiu, pracy i takie różne ;)

O czym ja miałem napisać, a co zapowiedziałem w podsumowaniu 2023 roku i o czym miałem napisać w pierwsze notce zeszłego roku? ;) teraz nie jestem pewien, ale pewnie właśnie o tym, jakoś… i chcę o tym napisać, bo ta treść jest dla mnie zbyt ważna żeby mi gdzieś tam zniknęła na zawsze.

Zacznę od pracy. Po ostatniej ponownej lekturze „Transerfingu” i w ogóle… Mam też trochę inne podejście. No bo kiedyś powiedziałbym, że to mało rozsądne, tak po prostu rzucać pracę, że można tego przecież kiedyś żałować… Nawet jeśli ktoś twierdzi, że jak coś jest teraz dobre dla niego, to tym się kieruje, to jakoś niby to rozumiałem… ale jednak nie do końca ;) Tak teraz myślę, że rozumiem do końca. I mogę sobie to samo wyobrazić w stosunku do siebie, więc może dłużej potrzebowałem żeby to zrozumieć ale w końcu do mnie też trafiło :D Że trzeba robić, to co się czuje czy uważa za słuszne, nawet jeśli to jest tak „szalone” jak rzucenie pracy ;) Że na tym właśnie polega sterowanie swoim życiem. I że tak się urzeczywistnia korzystne warianty, właśnie tak, a nie robiąc coś tylko dlatego, że przyjęło się, że tak jest rozsądnie i co inni pomyślą ;)

Zaraz jeszcze wrócę do tego tematu, ale teraz wtrącę jeszcze jedno przemyślenie co do siebie. Mianowicie ja jeszcze sobie uświadomiłem, że to moje „bycie zawsze w porządku” to też nic innego niż zawyżanie własnej ważności :P To znaczy nie w takim sensie, że robię coś na pokaz czy żeby inni mnie za to podziwiali, nie, raczej żebym sam siebie za to podziwiał ;) (oczywiście to też nie było świadomie, dopiero to sobie uświadomiłem teraz). No i ok, to bardzo porządnie być człowiekiem, który zawsze dotrzymuje słowa i np. robi to, do czego się zobowiązał… (nawet choćby pośrednio) ale szczęśliwym to mnie nie czyni :P (chyba tylko mi się wydawało, że czyni, może czyni czasem ale nie zawsze). Bo co właściwie się stanie jeśli nie zrobię czegoś? Przecież to i tak zupełnie nieważne co inni o mnie myślą. Co to za różnica dla mnie osobiście czy będę w czyichś oczach tym porządnym czy nie? ;) Przecież z tym jest tak samo jak ze wszystkim – to nie ma znaczenia co inni o nas myślą, na jakikolwiek temat… A sam o sobie przecież mogę zawsze dobrze myśleć, nawet jak nie jestem „porządny” ;) No i to było jak olśnienie dla mnie ;) („Pozwól sobie na luksus posiadania wad i nieposiadania zalet.” – to z trzeciego tomu Transerfingu, wcześniej jakoś nie zwróciłem uwagi na ten cytat, a teraz tak :D i bardzo mi się podoba :D ).

Inne przemyślenia wiążą się z tematami około-śmierci. Przemyślenia o uniwersalnej i rozszerzonej świadomości… Ale chyba muszę tu przytoczyć kontekst. A jest nim lektura dwóch książek (z których wnioski przytoczyłem w poprzedniej notce): „Wieczna Świadomość. Naukowa wizja „Życia po życiu” ” (Pim van Lommel) i „Powrót do życia” – Jim B. Tucker.

Z perspektywy tej wizji uniwersalnej świadomości (a nie reinkarnacji pojedynczych dusz), nawet inaczej mi się czytało „Transerfing”! To znaczy jakoś teraz mi się wydaje, że właśnie taką wizję świata przedstawia, wcześniej tego chyba nie dostrzegłem, bo sam jej nie poznałem, więc nie wiedziałem co czytam ;)
Zacznę od tego, że kiedyś rozważałem, że może nie reinkarnujemy jako ta jedna dusza, tylko powiedzmy część energii (powiedzmy 6/10) trafia w jakiegoś człowieka Europejczyka, 2/10 energii trafia w jakiegoś głodującego w Indiach, 1/10 w jakieś zwierzę, a 1/10 w coś jeszcze innego i wtedy to wydawała mi się smutna wizja utraty „siebie”, integralności siebie czy świadomości siebie. Ale może jest jeszcze inaczej. Tzn. może i po śmierci nie jesteśmy tą jedną reinkarnującą duszą, która przypomina sobie ostatnie wcielenie oraz wszystkie swoje poprzednie wcielenia, może jesteśmy uniwersalną świadomością, która przypomina sobie wszystkie wcielenia wszystkich ludzi (i zwierząt i może nawet roślin, kamieni – wszystkiego). Czyli jak np. teraz myślę powiedzmy o jakimś drobnym wspomnieniu z przeszłości – no np. jak miałem 10 lat, to przewróciłem się na rowerze będąc latem w Niemczech, w taki sposób, że zdarłem sobie skórę z łokcia, w dziwny sposób, bo przewróciłem się na bok i jeszcze ta skóra tak „zawisła” na kawałku tylko ;) i teraz mogę takie w sumie mało ważne wspomnienie „mojego” wcielenia ze świadomości mojej przywołać, tak po śmierci będę mógł przywołać każde najdrobniejsze wspomnienie każdego człowieka, który kiedykolwiek żył na świecie tym i każdym innym i to będzie tak samo moje wspomnienie (np. jakieś takie specyficzne jak jakiegoś ubogiego człowieka z Indii, który np. pewnego dnia zarobił więcej i jego rodzina tego dnia się najadła, a jego córka znalazła gdzieś różową kredkę i na kawałku kartonu narysowała obrazek ale za to potem się przewróciła i załamała palec i trzeba było zorganizować pomoc medyczną co znów pozbawiło ich zaoszczędzonych tego dnia pieniędzy; albo wspomnienie jakiejś przeciętnej Amerykanki, która w wieku 28 lat kupiła sobie zieloną sukienkę na ślub koleżanki ale jeszcze zanim ją ubrała, poplamiła ją sokiem, bo położyła na blacie w swoim domu i niechcący przewróciła stojąca obok szklankę – no cokolwiek nawet tak szczegółowego i bez większego znaczenia :P ). Bo będę (jak i każdy będzie) tą jedną uniwersalną świadomością. Można też to nazwać, że z chwilą śmierci nic nie zniknie, a wręcz przeciwnie: świadomość się rozszerzy. Nic się nie straci, a tylko się bardzo dużo, niewyobrażalnie dużo zyska (nawet więcej niż gdyby się było tą jedną reinkarnującą duszą, która może doświadczać tylko wcieleń jednej duszy, bo uniwersalna świadomość doświadcza wszystkiego co kiedykolwiek zaistniało). Patrząc tak na to, to faktycznie nie ma co bać się śmierci, a nawet można na nią z radością czekać :P I chętnie oddam swoją indywidualność za świadomość wszystkiego :D Jednocześnie ta wizja wydaje mi się naprawdę spójna, sensowna i tłumacząca wszystko – zarówno jakieśtam katolickie wierzenia, że „jesteśmy jednością w Chrystusie” jak i regresje do poprzednich wcieleń: no bo ok, widzimy wcielenie, ale ponieważ jesteśmy jedną świadomością, która jest świadoma wszystkiego, możemy zobaczyć dowolne wcielenie, może akurat na regresji widzimy takie, które najbardziej z nami obecnie rezonuje lub jest nam potrzebne do zobaczenia w momencie tej regresji :) Np. w Transerfingu Zeland pisze, że się jest jak kropla w oceanie – czasem ta kropla jest odrębna, ale jest też oceanem.
A nawet może nie trzeba umierać, żeby się podłączyć do tej świadomości poza ciałem, z czwartego tomu Transerfingu taki fragment:
„Dzieci, wychowankowie Międzynarodowej Akademii Rozwoju Człowieka założonej przez (Wieczesława) Bronnikowa, demonstrują zdolności, które rzeczywiście nie mieszczą się w żadnych ramach. Potrafią widzieć z zamkniętymi oczyma tak samo jak z otwartymi, mogą zapamiętywać ogromne ilości informacji, posiadają dar jasnowidzenia, a oddalone obiekty są w stanie oglądać jak przez teleskop. Trudno w to uwierzyć, lecz fakt pozostaje faktem – widzą przez ścianę, jakby jej nie było. Jak im się to udaje?
(…)
Okazuje się, że mózg jest w stanie widzieć sam, bez pośrednictwa aparatu wzroku, przy czym sposób przyjmowania informacji jest nieznany. Jak to wszystko rozumieć? Bronnikow objaśnia dany fenomen obecnością związku między świadomością człowieka i tym, co on nazywa nadświadomością. „Nadświadomość – pisze on – to coś znajdującego się poza człowiekiem, pewne środowisko”.

– to tak samo jak „widzą” ludzie w „śmierci klinicznej” :) (tak jak to opisane w „Powrót do życia” – Jim B. Tucker – i to właśnie głównie po tej książce widzę te fragmenty Transerfingu odnoszące się do uniwersalnej świadomości). [Aczkolwiek trzeba też uczciwie przyznać, że może zdolności wychowanków Bronnikowa wiążą się z czymś innym, bo jak też trochę w internecie poczytałem, może to być wyczuwanie fal emitowanych przez przedmioty, kolory…].
Dalej, też z czwartego tomu:
„(…) zamiar wszystkiego, co żyje, tak czy inaczej sprowadza się do zarządzania rzeczywistością. (…)
Wszczepiwszy duszę jako część siebie w każdą z żywych istot, Bóg obdzielił je zdolnością kierowania rzeczywistością stosownie do świadomości. Świadomością w różnym stopniu dysponuje wszystko, co istnieje, począwszy od człowieka i kończąc na minerałach. Oczywiście, człowiek znajduje się na szczycie świadomości, lecz nie wynika z tego, że kamienie nie żyją swoim życiem – po prostu ich istnienie przebiega w innym wymiarze czasu. Wszystko, co istnieje w rzeczywistości, wnosi swój wkład w zarządzanie nią. Rzeki wytyczają drogę dla swojego łożyska, góry wyrastają pośrodku równin, pustynie i lasy, ląd i morze odbierają sobie nawzajem terytoria, wszystko to posiada cząstkę świadomości i na swój sposób dąży do kierowania swoją rzeczywistością. Im wyższy stopień świadomości, tym więcej możliwości zarządzania.”
– i kawałek dalej też fajnie wyjaśnia ewolucję ale nie będę cytować już tak dużo ;)
(A tak swoją drogą, to myślę że „Bóg” jest tutaj wspomniany tylko po to, żeby ludziom przyzwyczajonym do idei Boga łatwiej było zrozumieć te fragmenty ;) a tak naprawdę chodzi o tą uniwersalną świadomość).
Przy okazji chyba zrozumiałem co chcę robić w życiu jeśli nie pracować: rozwijać się. Czyli to co robię i co przychodzi mi łatwo – np. czytać książki, opisywać je, czytać te opisy po kilka razy… Ktoś mógłby powiedzieć, że to bez sensu, że trzeba robić coś, co przynosi jakiś użytek społeczeństwu (sam tak myślałem). Ale jeśli jesteśmy jednością, to przyniesie to użytek społeczeństwu :) (to tak jakby część osobowości pracowała nad sobą, jakaś inna może robić coś innego, np. pomagać innym itp.). Poza tym od zawsze przecież byli np. filozofowie czy jacyś pustelnicy, którzy niby żyli tylko dla siebie – raczej się oni nie zastanawiali jaki użytek przyniosą społeczeństwu ;) (a może niektórzy się i zastanawiali, ale i tak robili swoje ;) ). Chcę więc robić to, przed czym nie czuję oporu, do czego nie muszę się zaganiać i czego nie muszę mieć nawet na liście. Jasne, czasem mówię, że „muszę opisać książki, bo mam z tym zaległości”, ale kiedy to robię, to jest to zawsze coś, co daje satysfakcję, w trakcie albo potem. A np. teraz (tzn. pisałem dużą część tej treści 3.10.23 – wow, aż tak dawno…) piszę tą wiadomość od kilku godzin, choć miałem na liście inne rzeczy, ale w ogóle nie czuję straty czasu, czuję że tak powinno być, że teraz powinienem ją pisać :) i w sumie właśnie tak chcę spędzać swój czas – robić to co chcę, a nie to co „muszę”. Takie „pracowanie nad sobą” (o, nawet można to nazwać pracą! ;) ) eliminuje też problem tego czego nie lubię – wszystkich tych ludzi, którzy się nie przykładają i byle jak wykonują swoją pracę – bo ich tu nie ma, mogę „pracować” sam i tylko ja decyduję jak ta praca będzie wykonana, a będzie wykonana dobrze – tak jak lubię :) I w końcu: nie muszę też wtedy tłumić myśli w żadnym przypadku – skoro są, to są, widocznie mają być :) a brak konieczności pracy na etacie likwiduje jednocześnie konieczność chodzenia spać czy wstawania o jakichś konkretnych porach więc te myśli biegnące by mi nie przeszkadzały bo nic by się nie stało gdybym zasnął godzinę, dwie czy pięć godzin później (chociaż myślę, że wtedy szybko by mi się samo uregulowało najkorzystniej).

Na koniec tak jakby wierszyk, z jeszcze innej książki

„Ze wszystkich rzeczy pozostały te trzy:
pewność, że zawsze się zaczyna,
pewność, że trzeba kontynuować,
i pewność, że zostanie ci przerwane,
zanim skończysz.

Uczyń z tej przerwy nową drogę,
zamień upadek w taneczny krok,
strach w drabinę,
sen w most,
poszukiwanie w spotkanie.”

– Fernando Tavares Sabino (pdf.str.10, z książki: „Nieskończone życie”, Joaquín Cámara)

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.