Podsumowanie 2025 [+edit]

Wczoraj przypomniałem sobie, że wypadałoby jakieś podsumowanie sklecić… A więc:
123 przeczytane książki, podróżnicze cele zrealizowane, dla WOŚP w 33 finale zarobiłem 1265,50zł, 68 przesyłek wysłanych… i w tym roku napisałem trochę notek-przemyśleń, w tym tych zaległych, a w przyszłym też planuję by tak było. To znaczy ja nie planuję notek albo że jakieś będą, ale akurat mam jeszcze coś do napisania ;)

Marzenia i plany się nie zmieniły. Podróżniczo w przyszłym roku zamierzam zwiedzić późną wiosną kawałek Niemiec i może Luksemburg, a jesienią znowu Włochy – bo jest jeszcze parę miejsc i nie osiągnę spokoju, dopóki i ich nie zaliczę :D No, jest jeszcze długi weekend, a wtedy może bym tak wybrał się do Szwecji albo Norwegii… ale to trzeba obadać czy to jest sensowny plan na 4 dni, ale fakt że dobrze by było zająć się tym już teraz…

Ach, no i jeszcze zrobiłem w tym roku wielki porządek minimalizujący… ale to było już z pół roku temu i jeszcze nie pozbyłem się wszystkiego wysortowanego do pozbycia się :/ Nie mówiąc już o akcesoriach do rękodzieła, to chyba trzeba lat bym stworzył wszystko, co bym chciał… Idzie to słabo, mimo że narzucam sobie jakiś harmonogram. W dalszym ciągu mam z tego powodu sporą frustrację, ale ponieważ już wiem, że fizycznie nie da się zrobić wszystkiego co bym chciał, szukam sposobu, żeby jakoś lepiej znosić to, że się nie da. Ale np. przedwczoraj przeczytałem taki komentarz:

„Jeśli spokój zależy od tego, czy wszystko idzie zgodnie z planem, to nie jest spokój, tylko kontrola.”

no i w sumie spokoju nie mam. I nie jest to fajne. Czasem myślę, że będę pierwszym hobbyholikiem i konsekwencje będą takie same jak pracoholizmu ;) To jest mój główny cel na przyszły rok i na resztę życia: żeby jakoś się uspokoić, zwolnić… (oczywiście brak konieczności pracy pozwoliłby na to dużo szybciej…).

Ale pomijając ten dyskomfort wynikający z niedoboru czasu w stosunku do chęci realizacji swoich celów, to pierwszy raz w tym roku pomyślałem, że gdybym miał podsumować teraz życie (no wiecie, niedługo czterdziestka, więc jest to jakaś mniej-więcej połowa ;) ), to… miałem dobre życie. Ale i tak nie chciałbym go powtarzać :D To znaczy pierwszych 20 lat powtarzać bym nie chciał, bo resztę mogę ;) Ale no, to i tak jest postęp i to wielki w porównaniu z początkiem tego bloga… Nigdy się nie spodziewałem, że to kiedykolwiek napiszę, ale tak to czuję dziś… Co w ogóle mam na myśli? W sumie całokształt, rodzinę (bo jak czytam doświadczenia niektórych ludzi, to naprawdę może być w tej kwestii mocno źle), związki (bo żadnych klasycznych, ale i żadnych dram itp., to bardzo dużo lekkości życiu nadaje :D ), codzienność dzisiejszą… Bo ta codzienność podoba mi się na ogół… kładę się do łóżka i myślę jaki jestem szczęśliwy. Bo mogę się położyć do wygodnego łóżka z taką milusią pościelą z „misia” (100% poliester i co z tego? :D śpi mi się pod nią cudownie, wręcz błogo), wtedy najczęściej myślę o tym jak jest dobrze :) Oczywiście pod warunkiem, że to weekend albo przynajmniej nocna lub druga zmiana, bo na pierwszej wpadam w panikę, że zaraz muszę wstawać, a jeszcze się nie położyłem, no ale to właśnie ta łyżka dziegciu w mojej beczce miodu (sama konieczność pracy i wszystko co z nią związane). Także jest (ogólnie) fajnie, a w przyszłość też patrzę z optymizmem :)

Edit (11.01): chyba jednak 124 czy 125 książek przeczytałem ;) noo i jeszcze chciałem dopisać, że w ostatnim kwartale roku zarobiłem na wyprzedanych rzeczach (częściowo moich wyszukanych przy porządku, a częściowo otrzymanych do dalszej odsprzedaży) 222€. Teraz mogę wyrzucić stare notatki i ewentualnie zbierać nowe ;)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

Włochy: Neapol – Rzym – Genua – Turyn (25.10-1.11)

Noo tym razem pisałem relację na bieżąco (z małymi przestojami), więc jest dokładna, obszerna i szczegółowa ;)
Zarys podróży miałem już od dawna, wiedziałem że to będą Włochy i Neapol, a potem Rzym, tylko reszta nie była jasna i w końcu zdecydowałem tak jak zdecydowałem… a do Włoch muszę jeszcze co najmniej 1-2 razy wrócić :D Ale nie przedłużam.

25.10 – sobota – Neapol
No więc długo się zastanawiałem czy lecieć z Hamburga czy ze swojego miasta… Od siebie byłoby wygodniej pod względem dojazdu, ale lot z przesiadką w Amsterdamie, drożej i odrobinę później… Z Hamburga trochę wcześniej, no i bezpośredni, już krótko po 8:00 w Neapolu, no ale do Hamburga trzeba dojechać… Koszty biorąc pod uwagę dojazd, wychodziły prawie na to samo, czas też, snu może miałbym w swoim łóżku ze 2-3 godziny więcej lecąc z miasta zamieszkania… a może i też nie, bo czas magicznie się skraca jak się człowiek spieszy ;) Więc zdecydowałem się na Hamburg (i to chyba dobrze). Logistykę trzeba było niestety zacząć już od południa w piątek, bo żeby odjechać na cały tydzień w nocy z piątku na sobotę, auto musi sensownie parkować, a po drugiej zmianie, to może być niemożliwe… więc musiałem pojechać do pracy zbiorkomem :/ (żałuję, mogłem jednak rowerem, raczej nie powtórzę tej „przyjemności”).
No nic, potem nocny autobus na dworzec, Flixbus do Hamburga, pospałem trochę ponad godzinę w nim, potem S-Bahn na lotnisko… skomplikowane trochę, bo kupiłem bilet przez aplikację… on nie dojeżdża o tej porze do lotniska i się zastanawiałem czy czekać na ostatnim przystanku przed lotniskiem na kolejny, czy iść na ten autobus, który google pokazuje. Autobusy w obcym miejscu są z reguły trudniejsze do ogarnięcia niż jakieś metra, U-Bahny czy S-Bahny… ale jak wysiadłem i patrzę, kupa ludzi z walizkami, to postanowiłem iść za nimi i robić to co oni :D bo na tym wygwizdowie, o tej porze, mogli tylko zmierzać w tym samym kierunku ;)
Potem naszukałem się terminala – jakbym dobrze na tablicę popatrzył, to bym nie musiał szukać :D a ja popatrzyłem: wszystkie loty od szóstej, a mój przecież o 5:55 jest… a jednak nie, też na 6:00 zaplanowali i był oczywiście z terminala 1 (zorientowałem się jak już zdążyłem na drugi poleźć :D ale nic to, czasu miałem dużo i nogi jeszcze nie bolały).
Kontrola poszła nadzwyczaj szybko i kazali nie wyjmować rzeczy z plecaka (poza płynami), to jeszcze lepiej. Potem usiadłem, poładowałem telefon, wyczytali 4 nazwiska w tym moje – żeby się zgłosić na bramce. Pierwsze co pomyślałem, to że może chcą sprawdzić wielkość bagażu ludzi, którzy nie kupili żadnego dodatkowo poza małą podręczną torbę :D ale nie o to chodziło. Chodziło o to, że siedzimy koło wyjścia ewakuacyjnego i musieli nas zapytać czy w razie czego zgadzamy się pomagać… zupełnie jakbym już tego nie zaznaczał bookując bilet online ;) I żeby było jasne: ja sobie tego miejsca nie wybrałem, takie przydzielił system i chciałem nawet zmienić, bo chyba mogłem, ale zobaczyłem że w sumie więcej miejsca na nogi tam jest… Następnym razem zmienię, bo nie wolno na tych miejscach trzymać torby pod fotelami – to jest ten minus :P
Sam lot ok, nawet nikt obok mnie nie siedział, ale i tak jakoś wyjątkowo mi było nieprzyjemnie, prawie niedobrze czy coś…
Lądowanie planowo ale ponieważ nie do końca wszystko wcześniej zaplanowałem, posiedziałem trochę na lotnisku doplanowując i decydując… (oraz ponieważ nie byłem pewien gdzie w ogóle jest wyjście XD). Ponieważ i tak kupiłem Artecard na 3 dni, a w niej są darmowe przejazdy komunikacją miejską, nie zamierzałem płacić dodatkowo 5€ za jakieś osobne autobusy z lotniska i miałem dojść gdzieś do komunikacji… ale w końcu okazało się że do najbliższego punktu na mapie planów jest niewiele dalej, więc przyszedłem na pieszo z lotniska :P (jakieś 5km, łącznie tego dnia zrobiłem niby 23km ale Fit trochę zawyża, powiedzmy że 20). Była to katedra, potem połaziłem we wszystkie strony po tych najbardziej turystycznych uliczkach… i nic nie jadłem, bo się nie mogłem zdecydować :D
W ogóle nawet chciałem tylko na pieszo chodzić dziś, żeby Artecard aktywować może dopiero jutro, to byłaby ważna jeszcze we wtorkowe przedpołudnie, zanim ruszę dalej, i może bym jeszcze gdzieś pojechał… ale poddałem się :P i to dość szybko… już po 14:00 nogi wołały o litość (wtedy było na liczniku już 12-13km).
Artecard kosztuje 41€ na 3 dni, w tym są wstępy do 2 atrakcji do wyboru za darmo w ciągu tych 3 dni, spore zniżki na całą listę innych atrakcji, no i komunikacja miejska w całym regionie. Opłaca się, bo same atrakcje które wybrałem kosztowałyby mnie te 40€. Artecard można kupić na kilka sposobów – np. w biurze albo online i wtedy kody są w aplikacji. Jest to świetne i wygodne rozwiązanie… a raczej byłobym gdyby działało :D Znaczy u mnie wszystko działa tylko większość autobusów nie ma takich czytników :D (tzn. czytników kodów QR, to akurat drobiazg, bo ja bilet mam, więc liczy się, po prostu nie skanuję wsiadając jak nie ma czym zeskanować; trochę gorzej jest w metrze, bo na jednej stacji, pan strażnik już od razu mi machał żebym przeszedł tam gdzie otwiera, bo nie było czytników albo nie działały, na drugiej udało mi się zeskanować już po 3 próbach, bo czytniki byłym, a na trzeciej chociaż czytniki były to nie udało mi się i też jakaś pracowniczka już szła w moją stronę otwierać kiedy ja ruszyłem w jej ;) ).
Pojechałem więc najpierw na Garibaldi, skąd miałem niedaleko do hotelu (B&B OFF Rooms and Relax). Normalnie to bym może jednak jeszcze do niego nie szedł ale to był nieco dziwny nocleg – bardzo ładny pokój i tani i lokalizacja centralna… Chyba minusem jest to, że sterowalny wyłącznie za pomocą strony internetowej i ludzi to zniechęca… Znaczy jak człowiek pierwszy raz powoli to ogarnie, to jest to nawet proste (czy wygodne, to inna sprawa :D ) ale jednak bez telefonu z internetem nie da się tego systemu obsłużyć. A działa to tak: dostałem link z numerem rezerwacji i długą instrukcję pod jakie drzwi do budynku podejść, który przycisk na tej stronie kliknąć – drzwi do bloku się otwierają. Potem do której windy, dziwna jakaś ta winda i wolałbym jej sobie oszczędzić no ale to 6 piętro… Wjechałem tą windą i nie mogę otworzyć, więc myślałem że może teraz muszę drugi przycisk użyć (drzwi do apartamentu, jakby do hotelu) – coś się otwarło (słyszałem) ale nie moja winda XD no ale szybko rozkminiłem jednak jak otworzyć te drzwi i wyskoczyłem, a te drzwi otwarte do apartamentu były już obok. Wszedłem, zamknąłem, czytam instrukcję dalej, a tam że mam wybrać pokój po nazwie jaka została mi podana w momencie rezerwacji – uu, panie, a kaj to jest? :D Chyba z 10 minut szukałem nazwy pokoju i już też chciałem otwierać co bądź i nadsłuchiwać który może by się otwarł… bo wchodzę w rezerwacje – nie ma, wiadomości też parę od obiektu dostałem – nie ma. A wcale to tak łatwo nie jest wejść w historię wiadomości na bookingu, a przynajmniej wejść tam na smartfonie… No ale znalazłem tą nazwę, zadziałało. Technika. Dzisiaj nie ma podróży bez smartfona ;) Kiedyś mówiłem że jak tu podróżować bez map google… teraz to już i bez AI nie umiem :D bo co się będę ścierał szukaniem, Gemini wszystko mi powiedział i prawie się nie pomylił :P a tam gdzie się pomylił, to akurat sam wiedziałem już ;) Teraz nie trzeba do nikogo nic mówić, ChatGPT albo Gemini wszystko powiedzą :D szkoda tylko, że za mnie zamówień nie zrobią ;)
Po krótkim odpoczynku (i wypakowaniu połowy plecaka), ruszyłem dalej. Postanowiłem pojechać na najdalszy punkt, czyli zamek Castel dell’Ovo i kierować się w stronę centrum/hotelu. Tak też zrobiłem i pojechałem autobusem, który jednakże spóźniał się mocno i już prawie miałem iść na metro, ale przyjechał i się udało podjechać trochę dalej. Na koniec dnia do hotelu też przyjechałem (metrem, to mimo wszystko łatwiejsze) noo i po wizycie w supermarkecie (cola musi być…) zdecydowałem że muszę coś zjeść (czytaj: pizzę). Żadna z wysoko ocenianych pizzerii nie do końca mnie przekonywała przez okno (ja lubię jak cennik wisi widocznie, jak widzę do razu, że wydają na wynos itp…), no ale do ostatniej przed hotelem w końcu wszedłem – do pizzerii Da Pasqualino (cennika brak ale wydawali właściwie wyłącznie na wynos, a może nie wyłącznie ale domyślnie). Co by się nie ścierać, powiedziałem że Margharita :P nie wiem czy pani o coś jeszcze mnie pytała czy to nie było do mnie, bo nie zrozumiałem :D Ale po chwili oczekiwania (dość długiej ale niemało mają zamówień…) dostałem swoją pizzę… duża (30cm)… za 5€… czy była dobra? Pewnie nie umiałbym rozpoznać niedobrej włoskiej pizzy :D ale TAK! Te z niemieckich (i polskich) pseudo-pizzerii to mogą się schować, a ta była jeszcze o połowę tańsza… – to mówi samo za siebie :P Faktycznie nie dziwię się, że amerykańskie fast foody nie są tam tak popularne, po co kupować zastanawiające żarcie za wyższą cenę, jak maja tam taką pizzę na każdym kroku za 5€!
A Artecard przez apkę – czy polecam? Nie :D ale ma tą niewątpliwą zaletę, że nie trzeba do nikogo nic mówić przy zakupie, więc może jednak polecam :D

26.10 – niedziela – Neapol + Pompeje + Herkulanum
Dzisiaj wstałem rano już o 8:00 (dzięki losowi za zmianę czasu, przynajmniej się mniej-więcej wyspałem :D chociaż o dziwo po nieprzespanej poprzedniej nocy wcale nie byłem jakoś wykończony i nie byłem bardzo senny wieczorem…), tylko że o 8:00 to ja powinienem był wychodzić, a nie dopiero wstawać i jeszcze „tylko krótko” grać na smartfonie :P Więc zamiast na pierwszy po 8:00, zdążyłem dopiero na drugi pociąg do Pompejów. Na dworcu jakieś babki pytały faceta o bilet, stałem zaraz za nimi, więc jak już ten facet z obsługi tak bardzo pragnął się przydać, to pytam gdzie na mój pociąg, wskazał, nawet wziął mój telefon i pod czytnikiem zeskanował i nawet mu wyszło :D Ale to był dopiero początek…
Po dojeździe do Pompejów pytam, bo już na stacji pełno informatorów, jakiejś kobiety z informacji jak mogę wejść jeśli mam Artecard, ona że „na lewo” i coś że mam poczekać (?) nie bardzo zrozumiałem (tam czekać? raczej nie, może w kolejce…), więc pytam następnego, a on że przy wejściu. Więc poszedłem za wszystkimi. Kolejka, że hej, no ale ja podobno nie muszę czekać, więc podchodzę do kasy „online” i pytam skąd mam wziąć bilet (wtedy już wiedziałem, że muszę dostać bilet po zeskanowaniu Artecard), a pan że muszę poczekać w kolejce, to pytam: „W tej DŁUGIEJ kolejce?”, a on że tak ale nie w tej długiej, po prawej jest mniejsza. Dobra, stanąłem tam i pytam następnej babki w tej kasie (czy co to było), a ona mi na to, że muszę czekać w tej długiej kolejce… Fajnie, że tu każdy pracownik jest doskonale poinformowany… :/ Stanąłem, odczekałem, podszedłem do prawej kasy, a pan mi mówi, że do lewej… no ale to już poczekałem pod lewą. W końcu wszedłem (to już prawie 10:00 była…), ściągnąłem aplikację z audioguide (po niemiecku, polskiego nie ma), zwiedzałem. I kiedy tak wchodziłem na punkt widokowy… Bo ogólnie to muszę przyznać, że w kiepskim humorze tu leciałem – jakoś dużo stresu, dużo ogarniania, w domu też byłoby co robić i czasami pytam się wtedy po co to wszystko… że można by zostać w domu po prostu… Ale kiedy tak wchodziłem na ten punkt widokowy z widokiem na cały teren Pompejów i Wezuwiusz, 20-parę stopni ciepła (na oko to ze 23 co najmniej i to kiedy w Polsce/Niemczech jest najwyżej z 10 i się marznie… a ja bluzę dawno zdjąłem, ściślej mówiąc od razu po wyjściu z hotelu, bo od razu było za ciepło ;) na tym etapie to już i spodnie miałem podwinięte do krótkich), wietrzyk przyjemnie zawiał, to był ten moment, że odpowiedziałem sobie: właśnie po to! To właśnie dla takich momentów są te wycieczki :) (i zawsze mam takie momenty), wtedy czuję że warto było! I że nigdzie indziej nie wolałbym być teraz bardziej niż tutaj… a już na pewno nie w domu ;)
Po jakichś 4 godzinach stwierdziłem, że jak chcę zdążyć do Herkulanum (a bardzo chciałem), to czas już się zbierać. W sumie stwierdziłem tak wcześniej, tylko jeszcze tu i tam chciałem pójść, potem niektóre przejścia zamknięte mnie spowolniły i dopiero około 14:00 (chyba 14:17) dotarłem na pociąg. Pompeje leżą dalej od Neapolu, Herkulanum jest tak jakby po drodze (ten sam pociąg), więc wracałem w kierunku Neapolu. Ale oczywiście nie można było po prostu wsiąść w pociąg nr 1 i przyjechać, bo by było za prosto ;) Trzeba było po dwóch przystankach wysiąść i przesiąść się w, żeby było śmieszniej, również pociąg nr 1 ale taki nie ekspresowy co by się w Herkulanum zatrzymywał. Dobrze, że chociaż wyraźnie przyjrzałem się temu połączeniu na Google Maps, że tak trzeba zrobić, bo bym dojechał do Neapolu i nie zdążył już wrócić na zwiedzanie, bo niestety od połowy października Herkulanum tylko do 17:00… A tak trafiłem tam około 15:00 i nie było źle. Zwiedziłem chyba wszystko co chciałem i co warto tam zobaczyć (szkielety to największy hit, wszyscy o tym gadali ;) ). No i powrót był już prosty. Oczywiście już się ściemniło, więc pojechałem tylko na Plac Dantego w Neapolu, bo uznałem, że jego pomnik mogę obejrzeć i sfotografować też po zmroku ;) A potem jeszcze na przystanek Flixbusów co by obadać i wiedzieć na pewno gdzie one stają i jak się tam dostać – dobrze, że to zrobiłem, bo w tym mieście przejścia i dojścia nie zawsze są takie proste, a pod samochody trzeba się „rzucać”, bo inaczej nawet pasy nie gwarantują przejścia. Parkują ludzie wszędzie gdzie się da, przy czym przejścia dla pieszych i zakręty nie są tu żadną przeszkodą :D Ludzie parkują tak ciasno, że zastanawiam się jak w ogóle można wyjechać. Oczywiście niemal wszystkie samochody są jakoś porysowane, a niektóre powgniatane i mocniej uszkodzone (to mi się akurat podoba, że nikt się chyba tym za bardzo nie przejmuje, ja też bym się lepiej czuł za kierownicą gdyby podobnie ludzie podchodzili do tego w Polsce i Niemczech :P ), klaksony rzeczywiście rozlegają się stale, chyba z przyzwyczajenia ludzie trąbią bo nie zawsze widzę ku temu powód ;)
Wieczorem na tym Placu Dantego było parę straganów targowych, kupiłem takie gipsowe zapachy… (1€ za sztukę), bo ogólnie to jest tak, że już parę razy miałem coś kupić – w Neapolu słynne są czerwone rogi, jest to wszędzie i w każdej postaci, kosztuje od 0,50€ za maleńkie i 1€ za ju takie spoko wielkości, więc tyle co nic, ale… jak sobie pomyślałem, że to kolejna rzecz do obsłużenia, to wolę jednak zapachy – jak wywietrzeją, to można wyrzucić, a zanim to nastąpi, to jeszcze trochę się nacieszę i powspominam (tak myślałem, ale od tego czasu doczytałem, że te gipsowe figurki można ponownie nasączać).
Potem jeszcze przed powrotem do hotelu, poszedłem do Il Ciottolo – świetny lokal bo otwarty codziennie… od 18:30 do 6:30 – czyli dokładnie wtedy, kiedy inne nie :P Kupiłem sobie croissanta Rafaello i brioche w kształcie misia – bo jakżebym mógł sobie tego odmówić :D (5€… no ale to miś XD), chciałem wziąć jeszcze kawałek pizzy, ale małe były, a za 3€, więc sobie darowałem (i dobrze, bo się i tak tymi słodkimi napchałem do syta). Ogólnie nadzienia można tam dowolne wybierać, ten miś też nie musiał być koniecznie z czekoladą. Można też zamawiać przez automaty! …ale akurat nie działały i można było na nich tylko pooglądać… więc zestawiłem sobie tam zamówienie, zrobiłem zdjęcie, podszedłem do pana przy kasie i pokazałem na smartfonie, że o, to chcę – brawo ja! :D

27.10 – poniedziałek – Wezuwiusz (+ Neapol)
Oczywiście od początku wiedziałem, że chcę wejść też na wulkan, tylko nie wiedziałem kiedy ;) Jak już się zdecydowałem (czyli wczoraj, no może w sobotę), to oczywiście nie było już biletów, a można je kupić tylko online… (z małym wyjątkiem: co godzinę puszczają 10 biletów „last minute” na za godzinę ale można je kupić tylko na miejscu przez dedykowaną sieć wi-fi, która podobno jest tak wolna że jest to problem nawet jak się zdąży… więc duże ryzyko /które i tak rozważałem podjąć, gdybym nie znalazł innego rozwiązania/). Bilet kosztuje jakieś 11€, dojechać można na różne sposoby, można za darmo (znaczy z Artecard) komunikacją miejską przez Pompeje – ale to wyprawa 2 godzinna… Można z transferem z Herkulanum za 12€ lub Neapolu za 20€ tam i z powrotem – i to chyba najwygodniejsze opcje, no ale trzeba mieć bilet wstępu… Albo kupić transfer z biletem od tego samego przewoźnika – 30€ z Herkulanum lub 40€ z Neapolu… to sporo więcej niż 11+12€ ale jak się wszystko robi na ostatnią chwilę jak ja… to też jakaś opcja (ale trudno robić z wyprzedzeniem jak się jednocześnie chce mieć swobodę…). Patrzę na Herkulanum z tego Vesuvian Express, a tam już brak biletów na poniedziałek :( no cóż zrobić, patrzę na Neapol z niepewnością, bo nawet nie wiem skąd odjeżdżają (w Herkulanum już wiem, bo widziałem wczoraj ich przystanek)… no ale z transferem z Neapolu jeszcze mają wstęp! i jakaś promocja – 35€! To nadal więcej niż 23€ ale hej… bezpośrednio z Neapolu, a jak jeszcze wyszukałem (nie bez pewnego trudu, bo na kompie mi uparcie nie chciało tej podstrony wyświetlić po angielsku, ale na smartfonie poszło), że to prawie spod mojego hotelu (noo spod dworca, ale to kilka minut pieszo :P ), noo to jednak nie brać byłoby grzechem :D i odjazd o 9:30 – to jeszcze ekstra 2 godziny snu dostałem XD to chyba warto – wziąłem i nawet sprawnie poszła rezerwacja itp.
Ruszyłem rano na ten punkt zbiórki, to naprawdę bardzo blisko. Ludzi trochę już tam stało, więc się domyśliłem, że też czekają (zwłaszcza można się domyślić jak mówią w różnych językach i są wśród nich Azjaci ;) ). Przyjechał punktualnie, sprawdził bilety i ruszyliśmy. W drodze wziął numery komórkowe i na WhatsApp przesłali nam konkretnie bilety wstępu do Parku Narodowego Wezuwiusza (taka jest oficjalna nazwa). Dużo ludzi w opiniach narzeka na to, bo zasięg jest tam… znaczy przez cały wjazd na wulkan bardzo słaby. Przy samym parku jest niby to wifi… ale widziałem tam opcję połączenia się tylko przez zeskanowanie kodu QR, który zrobili… zielony – mój telefon go nawet nie zauważył kiedy próbowałem, także powodzenia :D Na szczęście udało mi się ściągnąć z internetu mobilnego w jakimś przebłysku łączności (byłem jednym z chyba niewielu szczęściarzy – tak nas nazwał pilot :D – którym się to udało jeszcze w autobusie /tak, najpierw ściągnąłem bilet, ale potem próbowałem łączyć się z wifi/).
Na miejscu ma się dwie godziny do autobusu powrotnego… ale szczerze – pewnie przewoźnik weźmie też późniejszym, pewnie też zgodziłby się wziąć do Herkulanum (ale nie odwrotnie, bo transfer z Neapolu jest droższy, więc jak ktoś wróci tańszym, to jego sprawa, najwyżej na stojąco jak zabraknie miejsc), a ostatecznie można sobie wrócić zbiorkomem – to wszystko to już luz, grunt się na tego Wezuwiusza w ogóle dostać :D (z resztą potem z nami też wracało kilka innych osób, choć oni do Herkulanum i potem zrobili przesiadkę… a raczej nam zrobili). No właśnie bo w drodze powrotnej w pewnym momencie, nie wiem czemu, kazali nam się przesiąść w mniejszy autobus tego samego przewoźnika. No to wchodzimy i zabrakło miejsca… poprosił 3 osoby, w tym mnie, do innego i jechaliśmy busikiem – to chyba nawet lepiej, bo szybciej i tak nie rzucało, w rezultacie byliśmy wcześniej w Neapolu niż reszta :P Ale ludzie, jak się po tym mieście prowadzi… ja wiem, już to pisałem ale naprawdę… nie ma czegoś takiego jak wymuszenie pierwszeństwa – po prostu się jedzie jak jest choćby troszeczkę wolne :D inaczej nie ma szans. Trąbienie dla zasady (a czasem ostrzegawczo, np. nasz autobus trąbił na każdym z licznych zakrętów, bo droga na wulkan wąska i kręta), skutery przejeżdżają na czerwonym, pasy bez świateł nic nie znaczą, bo i tak nikt się nie zatrzyma dopóki się nie wyskoczy przed maskę, a włazić na drogą trzeba i poza pasami, po prostu na pasach raczej nie trąbią. Chodniki są dobrym miejscem do parkowania jak każde inne :D nie ma też czegoś takiego jak zostawianie miejsc dla pieszych, że o wózkach nie wspomnę, z resztą nie ma to większego znaczenia, bo i tak żaden wózek by po tych chodnikach nie przejechał – są za wąskie i za krzywe, czasem nawet dla człowieka, dlatego często się chodzi po ulicy :P Takie są moje obserwacje z tych kilku dni ;)
No ale wracając – kiedyś ten przewoźnik dawał 1,5 godziny na Wezuwiuszu między transferami i niektórzy klienci narzekali… ale 2 godziny to bardzo spoko czas, taki akurat żeby wejść, pochodzić, popatrzeć, porobić zdjęcia, usiąść i zejść. Fajnie, że słuchają klientów.
Właściwie Wezuwiusz to zupełnie taka góra, a krater to jakby zasypana dolina – to nie jest aż tak spektakularny widok, jakby się może niektórzy spodziewali :P (ale oczywiście czytałem o tym zanim się wybrałem), najwyżej trochę pary się wydobywa, ale nie wiem skąd, bo nie ze środka, bardziej gdzieś z boku ściany. Ale widoki piękne i choćby dlatego warto! Noo i dlatego, że można zaliczyć sobie do osiągnięć życiowych spacer po wulkanie :D Kupiłem tam widokówkę i dostałem stempelek i kupiłem sobie też bransoletkę z koralików z lawy – w sumie zawsze chciałem taką, a to jest idealnie miejsce do zakupu takiej pamiątki praktycznej :P (ale to już kupiłem niżej, na parkingu – tam kosztuję 5€, na samej górze 8€, nie wiedziałem czy niżej na pewno będzie taniej ale Gemini potwierdził moje przypuszczenie :D /w kolejnym jakimś przebłysku łączności, choć paradoksalnie na samej górze internet działał lepiej niż na wejściu/).
Wróciliśmy więc już około 13:00, a to mi dawało jeszcze całe popołudnie! Wsiadłem więc w metro (i nawet udało się zeskanować Artecard :D ogólnie dzisiaj się jakoś udawało, chociaż nie zawsze od razu i nie zawsze przy pierwszym czytniku ;) ) i chciałem pojechać na wzgórze z zamkiem Sant’Elmo, ale wcześniej jeszcze wysiadłem przy zamku Nuovo, bo w sobotę już tam byłem ale się ściemniało a chciałem sfotografować za dnia. Potem miałem wrócić do metra… ale tak jakoś patrzę, że na wzgórze metrem 35min, na pieszo 41, więc… szkoda włazić do metra, szukać, czekać, może się opóźni – poszedłem na pieszo! Po drodze jeszcze malowniczymi wąskimi uliczkami… już tam były widoki, a ze wzgórza to już w ogóle! Ale myślałem że ten darmowy taras widokowy, to jakieś ogrody czy choćby zielony skwerek, a to nie, zwykła ulica :D Bo jakby był to park, to bym może tam został… a tak po chwili podziwiania widoku i szybkiej konsultacji z Gemini, ruszyłem jednak do katakumb San Gennaro – to te większe, w Neapolu są 2 takie, do odwiedzenia na jednym bilecie, z Artecard zamiast 13€ zapłaciłem 9€, drugie można odwiedzić w ciągu 12 miesięcy na ten sam bilet… no ale ja planuję iść tam jutro :D Do San Gennaro załapałem się na 17:00, ostatnie wejście (zawsze z przewodnikiem) po angielsku. Facet mówił szybko ale o dziwo wszystko zrozumiałem! Też nowe doświdaczenie :D Zdjęć nie było wolno robić ale nie tak, że absolutnie (nawet przewodnik od tego umył ręce ;) taki wymóg bo katakumby należą do Watykanu), więc można było coś tam ukradkiem ;) A potem powrót do hotelu… no do kolejnej pizzerii z dobrymi opiniami w okolicy hotelu :P I takiej gdzie wyraźnie mieli na google że sprzedają też na wynos – Oltre Pizzeria Democratica. I poszło szybko i bez jakiejkolwiek kolejki (wszyscy siedzieli przy stolikach, więc jak wszedłem, facet wziął zamówienie i po chwili przyniósł moją pizzę). Tym razem Marinara, bo jeszcze nigdy nie jadłem ;) też 5€ i równie dobra, a może nawet lepsza od tej sprzedwczoraj… Tak, odżywiam się tu głównie pizzą i croissantami ale hej – jestem we Włoszech, więc chyba mogę :D (w drodze do hotelu jeszcze pilne – cola w jakimkolwiek supermarkecie, bo mi się przypomniało, że się kończy ;) ).

28.10 – wtorek – Neapol i Rzym
Żeby na pewno wykonać swój plan na dzisiaj, wyszedłem z hotelu już o 8:00 rano. Poszedłem (dzisiaj na pieszo) do Katakumb San Gaudioso, pierwsze wejście o 10:00 ale trzeba wcześniej się zameldować (od 9:30, a nie wiedziałem ile będzie chętnych), zwiedzanie trwa również godzinę. Ogólnie moja ocena katakumb neapolitańskich jest… tak 4 na 5 ;) szczerze, to paryskie zrobiły na mnie o wiele większe wrażenie, bo tam są kości, a tu nie (kości zostały przeniesione na cmentarz Fontanelle, który obecnie jest zamknięty z powodu remontu), tutaj jakoś robi wrażenie wielkość i wykonanie katakumb (w tych wczorajszych, a w tych dzisiejszych sposób pochówku pod freskami), ale to za mało ;) No ale przewodnicy opowiadają też na końcu, że jesteśmy w dzielnicy owianej złą słabą i gdzie słabe są warunki pracy, a inicjatywa zwiedzania katakumb powołana została przez 5 wolontariuszy, a dziś zatrudniają na dobrych warunkach ponad 70 osób i zmieniają oblicze dzielnicy i otwierają na turystów – ok to mnie przekonuje i jest na plus.
Wyszedłem o 11:00 i miałem 2 godziny do odjazdu Flixbusa, przeszedłem się jeszcze przez miasto, zjadłem pizzę fritta (w 'A Puteca d’ 'a Pizza) – taki lokalny neapolitański wariant, to szkoda by było nie spróbować :P noo i lody, bo jakoś zapomniałem o tym, a jestem przecież we Włoszech! ;) pizza 5€, lody 4€ – tanio, a dużo. Byłem pełny po tej pizzy, ale przecież na deser jest osobny żołądek ;) Dotarłem na Flixbusa spokojnie, kupując jeszcze 2 widokówki (po 1€ każda, zdaje mi się że gdzieś widziałem tańsze, ale dziś na złość żadnych nie), a on i tak się spóźnił. Miałem szczęście, bo siedziałem sam, choć trochę gorzej że przede mną jakieś głupie dziecko bardzo się nudziło…
Podróż do Rzymu trwała około 3 godziny, potem ruszyłem na metro (bo najprościej i z resztą zdawało mi się że niezły dojazd do hotelu… no raczej noclegu, bo to niezupełnie hotel i w sumie ten w Neapolu też nie był). Odważyłem się w metrze skorzystać z systemu „Tap&Go” – wystarczy przyłożyć kartę płatniczą w każdym środku transportu, system sam nalicza odpowiedni bilet, a maksymalnie bilet dzienny (ale tego w Rzymie pewnie nie osiągnę, bo kosztuje 8,50€ – drogi i raczej tylu przejazdów dziennie nie zrobię). Nawet to działa jak na razie spoko i jest faktycznie bardzo wygodne (czy spoko to w sumie się dowiem jak już naliczą :D), nawet mają terminale zbliżeniowe, nie to co w Neapolu :D (nie no, żarcik taki, tam też niby mieli Tap&Go ale akurat tam bardziej opłacało mi się jeździć na Artecard).
Sam nocleg tu mam… powiedzmy wystarczający na jedną noc (prosty pokój ale z łazienką, co do czystości to można by mieć pewne zastrzeżenia ale to tylko jedna noc), ale pani chyba właścicielka była tak miła, że mi nawet doradziła iż autobusem 46 stającym 200m od hotelu dojadę na Plac Wenecki, a to samo centrum wokół którego mam wszystkie najważniejsze zabytki. A w drodze powrotnej ten sam autobus staje prawie pod furtką. Noo dobra, w sumie nie planowałem wychodzić dziś raczej (byłem już raz w Rzymie, to teraz nie muszę wszystkiego oglądać koniecznie, a z resztą będę miał jutro trochę czasu też), chciałem odpocząć, no ale skoro to tak łatwo, to po prysznicu wyszedłem jednak :P Nie byłem jedynym pasażerem (chociaż prawie – było nas 3 przez niemal całą drogę) i dobrze, bo zapomniałem, że we Włoszech się macha na autobus ;) Poszedłem pod Panteon, Fontannę di Trevi (już miałem mówić że jest tak samo zatłoczona jak 7 lat temu, więc przynajmniej nie gorzej, co daje jakąś nadzieję temu światowi… ale jednak nie, teraz stoi tam kilku pracowników i do zejścia na dół jest kolejka :P nie czekałem, starczy z góry) i potem w kierunku Koloseum. W Rzymie co kawałek jest coś ciekawego do sfotografowania, więc jest co robić. Ogólnie jednak staram się pohamowywać (bo potem „przerabianie” zdjęć to jest tragedia) i nawet mi idzie… a potem człowiek trafia na Koloseum i wszelkie hamulce puszczają :P Stamtąd wróciłem na nocleg. Google Maps wskazały dwa autobusy, poszło to nawet sprawnie, ale tym razem w tej 46 była kupa ludzi ;) Przejeżdżaliśmy koło zamku Sant Angelo i nawet się zatrzymał na światłach, więc jeszcze i taką fotkę zaliczyłem. Rozważałem wysiąść wcześniej i pójść do Watykanu by zobaczyć jak wygląda nocą aaale… no nie mogłem sobie odmówić tego podjazdu pod samą furtkę :D więc jednak nie, może jutro. Tu jestem na 2 piętrze, więc nawet nie zawracam sobie głowy windą, bo jest tak samo wkurzająca jak ta w Neapolu. Internet tu jest kiepski i wolę już chyba używać mobilnego (który tu też nie ma maxa ale jednak jest lepszy, na szczęście kupiłem pakiet zawrotnych 25GB, bo był tylko o 1€ droższy niż jakieś kilka GB, i tak tego nie zużyję na wyjeździe :P ), w Neapolu to wifi było super.

29.10 – środa – Rzym (a głównie Watykan)
Wyszedłem z hotelu około 9:00, pod Muzeami Watykańskimi (to jest prawdziwy cel mojej wizyty w Rzymie, bo nie udało mi się ich odwiedzić w trakcie pierwszego pobytu) byłem jeszcze przed 9:30 nawet jak już znalazłem właściwą kolejkę (to tylko ze 20min. spacerem od noclegu, tak się postarałem). Nie da się jednak wejść wcześniej niż 30 minut przed godziną z biletu (czyli u mnie 10:00, jednocześnie powinno się być pół godziny wcześniej), więc pan kazał poczekać z boku (ale nie tylko mi). Potem nas wpuszczono i nie musieliśmy czekać w tej dzikiej kolejce obok… Naprawdę kolejki tam są chyba większe niż do Luwru, aczkolwiek w Luwrze byłem 10 lat temu, to może tam też przybyło :P Po wejściu jest kontrola bezpieczeństwa prawie jak na lotnisku i pan mi od razu wskazał przechowalnię bagażu, bo za duży plecak – no baa, i tak nie zamierzałem z nim tam chodzić bo to ciężko :P (na nocleg już nie wracam, więc musiałem zabrać wszystkie rzeczy).
Ogólnie z tym biletem do Muzeów Watykańskich, to jest tak, że trzeba rezerwować z dużym, DUŻYM wyprzedzeniem. Nie wiem jak dużym ale kiedy 2-3 tygodnie temu chciałem zarezerwować, to już zwykłych nie było :/ Można wprawdzie przyjść po prostu pod muzeum z samego rana, odstać swoje w tej przerażającej kolejce (i pomyśleć, że kiedyś przeraziła mnie kolejka pod domem Anny Frank w Amsterdamie – haha)… i dowiedzieć się, że biletów nie ma już wcale na ten dzień i kasa nie sprzedaje. To za duże ryzyko, dlatego wziąłem bilet z przewodnikiem, bo te jeszcze były – 40€ :/ (normalne bilety wstępu 20€). Aaaale no muszę przyznać, że to może nawet nieźle wyszło, bo przewodniczka przynajmniej nam pokazała najważniejsze eksponaty i nie musiałem sam się nad tym zastanawiać ani ich szukać :P I hmm… kiedyś chyba nie można było po wejściu do Kaplicy Sykstyńskiej wrócić do muzeów i na tym kończyło się zwiedzanie (i taka była moja obawa, że jeśli na tym kończy się oprowadzanie, to nie będziemy mogli zostać dłużej) ale teraz można. Na Kaplicy się kończy zwiedzanie z przewodniczką (trwało 1,5h), a potem mogliśmy zwiedzać sami. Wiadomo, że tam się wszystkiego nie da zobaczyć – 7km mają muzealne trasy łącznie, a dla mnie 7km to spokojnie do przejścia (robię tu dziennie od 5 do 20km, może nawet nieco więcej czasami) ale co innego przejść 7km, a co innego zatrzymać się przy każdym z prawie 10 tysięcy eksponatów przypadających na każdy z tych kilometrów… – no niewykonalne, więc bardziej mam nadzieję, że chociaż każde muzeum odwiedziłem ale nawet tego nie jestem pewien :D
Wyszedłem około 16:00, bo miałem jeszcze inne miejsce w planie… Ale wychodząc przypomniało mi się, że przecież jeszcze Bazylikę św. Piotra wypadałoby zwiedzić tylko jakoś myślałem, że można będzie przez nią przejść… a jednak nie. Wejście jest tylko osobne… a przed nim następna wielka kolejka, aż poza bramy Watykanu.. I pisząc „wielka kolejka” nie mam po prostu na myśli sznurka ludzi za bramy, o nie nie, mam na myśli kolejkę na całą szerokość kilkumetrowego chodnika :] Nawet się tam ustawiłem przez chwilę rezygnując z tej drugiej atrakcji… ale kto wie ile by ta kolejka stała i czy w ogóle bym się jeszcze załapał. Poza tym, no heloł? No nie no, to jednak dla mnie przesada. Może jeszcze kiedyś wrócę i wtedy się ustawię tam jeszcze przed otwarciem ;)
A więc ruszyłem do tej innej planowanej atrakcji: to muzeum i krypta kapucynów z kośćmi jakichś 4000 z nich. Dlaczego w ogóle chciałem tam iść? Była wspomniana w książce „Paradoks czasu” Zimbardo, a ponieważ czas jest tym zagadnieniem, które mnie na obecnym etapie życia najbardziej zajmuje (jedyny zasób jakiego mi do pełni szczęścia brakuje ;) ), uznałem że powinienem tam iść :P Ostatnie wejście o 17:30, byłem chyba ze 40 minut wcześniej (na szczęście metro spod Watykanu, bez przesiadki, jedzie aż tam pod nich więc łatwo i wygodnie… poza tym, że ja już byłem na placu św. Piotra, a metro jest z drugiej strony i musiałem z powrotem iść :D ). Wstęp 10€, są tam szafeczki na bagaż i – co ciekawe – audioguide nawet po polsku! Fajnie to zrobili (audioguide w formie rozmowy gościa i oprowadzającego), ale czy to aż takie miejsce, w którym trzeba być? Może niekoniecznie ;) ale 10€ w dzisiejszych czasach to spoko cena, więc jest ok.
Odwodniłem się jednakże tego dnia bardzo, bo do muzeów nie wziąłem sobie wody… (znaczy zostawiłem w plecaku). Potem coś tam się napiłem ale i do krypt się spieszyłem, więc jak z nich wyszedłem, to od razu pod najbliższą fontannę z wodą pitną… nalałem, piłem, pokręciłem się tam i jeszcze raz nalałem ;) A potem w drogę pieszą w kierunku Watykanu raz jeszcze (bo chciałem zobaczyć oświetlony). Po drodze Schody Hiszpańskie, bo dzień wcześniej nie było mi po drodze, potem pizza, tym razem na kawałki – fajne ale mało :P (no ale 2€ za sztukę więc czego się spodziewać), więc najadłem się tak na pół. I w sumie dobrze, bo potem zachciało mi się sikać z tego picia, a we Włoszech o publiczne toalety jest trudno… Najprościej? Fast food ;) Poszedłem więc jeszcze do Burger Kinga (lubię też patrzeć na regionalne różnice), zamówiłem mały zestawik z wrapem i jakimś niby regionalnym serem, cena: 5€ (oni jeszcze takie tanie mają…). A potem jeszcze lody pod Watykanem, chyba nawet w tym samym miejscu co 7 lat temu mi tak smakowały. Nadal mi smakowały, choć mogłem może nieco bardziej wyraziste smaki wybrać ;) Porcję „średnią” (za jedyne 4€!) ciężko mi było zjeść, mogłem więc mniejszą wybrać (i tak zawsze 3 smaki dają, tylko różnej wielkości, więc też fajnie). Stamtąd znowu metrem, choć tym razem z przesiadką, na Flixbusa do Genui… który się spóźnił prawie godzinę, a przede mną siedziała baba, która się koniecznie musiała rozłożyć – wkurza mnie to bardzo i może to będzie kontrowersyjne co powiem ale uważam, że nie powinno być możliwości rozkładania foteli, bo to przeszkadza siedzącym z tyłu. Jedziesz nocnym autobusem? śpij na siedząco! (ja jakoś mogę), nie umiesz i masz z tym problem? Nie jeździj nocnym autobusem. Proste. Ja wybrałem nocny (planowo miał jechać od północy do 6 rano), żeby oszczędzić na noclegu i na czasie :P W dodatku obok mnie siedział jakiś wielki facet, a przez tą babę z przodu nie mogłem nawet wcisnąć plecaka pod nogi i trzymałem go na kolanach (no czy tam trochę z boku), więc ogólnie: było mi ciasno :P (ale przyznaję: mój plecak był sporo grubszy niż to właściwie dozwolone, więc nie jestem tu bez winy ;) mogłem też dać go nad głowę ale nie, bo muszę mieć dostęp do picia czy kabli, z resztą nie to że mi było szczególnie niewygodnie, czasem się o niego oparłem i ogólnie i tak prawie całą podróż przespałem… po prostu jak baba próbowała się rozłożyć jeszcze bardziej, to pchałem w drugą stronę i potem też od czasu do czasu się rozpychałem zmieniając pozycję :D z resztą bardziej rozłożyć się nie mogła, bo zwyczajnie nie było miejsca przez mój plecak ;) ). Podsumowując: choć było mi gorąco i nie najwygodniej, to i tak dosyć spałem i zmęczenia na drugi dzień nie było. Rozważałem żeby może do ostatniego celu najpierw pojechać by szybciej z Rzymu odjechać i w dalszą drogę – byłaby dłuższa noc ale jednak nie, szkoda czasu, stwierdziłem że lepiej wycisnąć Rzym do końca ;) I nie żałuję.

30.10 – czwartek – Genua
W Genui byłem o 7:00 rano i niestety padało. Nie to żeby lało, po prostu czasem padało, czasem przechodziło i tak w kółko… buty mi nie przemokły ale dwa razy było blisko ;) na szczęście potem przechodziło i wysychały. Obszedłem port, porobiłem zdjęcia, potem miasto – wszystkie te mniej lub bardziej znane budynki… I właściwie po 14:00 miałem już z głowy :D To nie jest aż tak duże miasto i zdecydowanie bardziej letnie – wtedy na pewno port jeszcze sympatyczniej wygląda (choć i tak widok na miasto był ładny). W Genui najbardziej znane jest chyba akwarium ale to nie jest dla mnie zbyt ciekawa atrakcja do zwiedzania i nie wiem czemu tak wielu ludzi przyciąga (a chyba przyciąga, bo bramki tak stały jakby i tam ustawiały się kilometrowe kolejki). Widziałem kilka akwariów w życiu, często to były fragmenty zoo, ale to mi wystarczy, ile można oglądać akwariów i czy to nie wszystko to samo? ;) Jest tam też muzeum żeglugi z prawdziwą łodzią podwodną, do której można wejść i to muzeum nawet przez chwilę rozważałem ale nie wiem, dzień wcześniej spędziłem większą część dnia w muzeach i chyba miałem dość :D Na śniadanie zjadłem foccacię (bo to specjalność w Genui) i jeej… no to co niemieckie supermarkety sprzedają czasem pod nazwą „focaccia”, too znowu jakaś nędzna podróbka :D (chociaż też lubię, po prostu nie wiedziałem, że focaccia może smakować aż tak „wow” jak ta w Genui ;) ), i to za jedyne 2,30€!! Było to pyszne! Potem jeszcze szybkie zakupy w supermarkecie: owoce dla porządku bo nie można chyba cały tydzień żywić się pizzą i lodami :D cola, bo wiadomo, no i kupiłem regionalne piwo (Birra Moretti) i też było smaczne! Takie delikatne, super! Chyba jedno z najlepszych piw jakie w życiu piłem, bo ja akurat lubię takie.
Gdzieś tak przed 15:00 dotarłem do hotelu (Red and Blues Music Hotel). Ten hotel opinie też miał różne, ale mój pokój był ładny, czysty, internet dobry i wreszcie więcej kontaktów! Nie czepiałbym się nieco postarzałych framug w łazience itp. ;) choć przed lustrem łazienkowym mogłoby być trochę lepsze oświetlenie…
Tak było deszczowo, że początkowo nie zamierzałem nawet już nigdzie wychodzić – miasto obejrzałem, chciałem trochę odpocząć w hotelu i postanowiłem nawet odpuścić jeszcze jeden punkt widokowy, który wcześniej zaplanowałem odwiedzić. Ale kiedy się wykąpałem, odpocząłem, zjadłem pół croissanta i pół kawałka brownie pistacjowego, które też kupiłem rano razem z focaccią w Focaccia E Dintorni i które też były bardzo smaczne (jako że nie jestem wielkim fanem czeoladowych smaków, „brownie” w innej wersji smakowało mi jeszcze bardziej :D ), a potem zobaczyłem, że w sumie to nie pada i nawet wygląda jakby mocno przeschło a zza chmur czasem wygląda słońce, więc stwierdziłem, że a może jednak wyjdę, jak nie na punkt widokowy (bo już się ściemniało), to choć popatrzeć na port oświetlony… No ale wyszedłem i niepewnym krokiem skierowałem się jednak w górę – może nie dojdę do samego punktu ale przeeecież mogę się przespacerować w górę… I tak krok po kroku doszedłem na ten punkt jednak ;) Nie było to tak odludne miejsce jak mi się zdawało że będzie, bo w sumie wszędzie obok domy aaale to tak między murami i czasami ciemnawo było… i niestety ludzie z psami, czasami bez smyczy :/
Widok ładny ale szkoda, że było już po zmroku, bo za dnia pewnie jeszcze byłby ładniejszy… Potem zszedłem do portu ale nie zachodziłem już tak daleko jak rano i w końcu wróciłem do hotelu. Także nici z odpoczynku ale jak widać nie mogę się pohamować żeby jeszcze czegoś nie zobaczyć jak jestem na wycieczce :D Chyba już nawet nie będę robić takich planów – odpoczynek na urlopie?! To nie u mnie :D

31.10 – piątek – Turyn
Tu miałem trochę obaw, ponieważ recepcja w moim hotelu była od 7:00, a ja miałem pociąg z Genui do Turynu o 7:24… To znaczy pociągi są właściwie co godzinę ale chciałem mieć tam cały dzień (do 20:00 kiedy to już miałem Flixbus powrotny do domu). Wprawdzie hotel w Genui był blisko dworca, specjalnie taki wybrałem żeby to rano sprawnie poszło ale i tak człowiek ma niepewność… zwłaszcza co tam z zakupem biletu itp. – w tej kwestii pamiętałem sprzed paru lat, że właściwie proces zakupu biletu we Włoszech na dworcu w automacie trudny nie jest aale kto wie ile będzie ludzi albo coś… A potem trzeba go jeszcze skasować… trzeba nadal czy nie trzeba? Gemini się przydaje po raz kolejny :D zdecydowaliśmy wspólnie, że zainstaluję aplikację Trenitalia i kupię sobie bilet przez nią (automatycznie są „skasowane” jeśli nie przełożę godziny odjazu, a nawet wtedy mam 4 godziny na skorzystanie, czyli późniejszym też mogę pojechać – droga Genua-Turyn to jakieś 2h). Na ten przejazd wybrałem pociąg zamiast Flixbusa z trzech powodów: 1. cena – owszem, był tańszy Flixbus ale coś mi czasowo nie pasował, reszta połączeń była już droższa; 2. wygoda, że nie musiałem wcześniej decydować tylko w dniu odjazdu; 3. ChatGPT (jeszcze w domu) wyjaśnił że to piękna trasa i warto, więc uznałem że pociągiem więcej zobaczę.
Udało się spokojnie zdążyć na ten pociąg po 7:00. Turyn to też ładne miasto, jest tam więcej do zwiedzania niż w Genui! Również i tu rozważałem 2 muzea: muzeum motoryzacji i muzeum kinematografii ale potem odpuściłem woląc obejść miasto. Na śniadanie zjadłem farinatę (w Focacceria Terre Liguri) – kolejny regionalny przysmak i była dobra ale bez „wow”, trochę za bardzo jajeczne danie jak dla mnie ;) (chociaż tam wcale nie ma jajek! :D ). Potem w ciągu dnia lody u Alberto Marchetti – trochę inna odmiana, miększe niż wszystkie inne które jadłem na tym wyjeździe i osobiście chyba wolę te twardsza aaaale ten jeden smak, który mieli, chyba zabaione… no zdecydowanie ten smak był „wow”, czegoś tak smacznego ze słodyczy dawno nie jadłem :P Potem szukałem WC, bo znowu ten sam problem… znalazłem jakieś przy placu handlowym dziwne, takie że albo na stojąco albo w kucki ale było dosyć czyste i darmowe, więc w sumie to fajne (i chyba łatwiejsze to do posprzątania dla sprzątaczy). Potem poszedłem w górę, za rzekę, na punty widokowe, w tym ten darmowy koło Klasztoru kapucynów – szkoda tylko że było dość pochmurno i góry ledwo widać :P to w dość znaczy sposób psuje ten pocztówkowy widok ;) (powinien być taki, a jaki był to niżej w zdjęciach) ale coś tam widać, więc uznaję za zaliczone ;) Zostałem tam do zachodu słońca, bo potem widok na oświetlone miasto w dole za rzeką też jest super. I sam klasztor jest ekstra oświetlony w specjalny sposób zawieszonymi obok kręgami ale tego chyba się nie udało uchwycić na zdjęciach tak jak bym chciał… A potem musiałem już się tak w miarę spieszyć w dół i na Flixbusa… Po drodze jeszcze wybrałem pizzerię, w której chciałem zjeść – no oczywiście kolejną odmianę regionalnej pizzy :D tym razem Teglio – pizzę z patelni która ma grubsze ciasto od klasycznej ale jest mniejsza. Niestety pizzeria, którą wybrałem, choć miała być otwarta od 18:00, nie była i musiałem szukać czegoś bliżej dworca… Znalazłem, choć z gorszymi opiniami (Il Padellino). To znaczy no 4/5 gwiazdek to też nieźle, ale ja celuję w takie 4,8 ;D Nie miałem jednak wyboru. Kupiłem (na wynos, to oszcędność wielu €), wybrałem Funghi, bo ogólnie bardzo lubię pizzę z pieczarkami, ale mogłem jednak wziąć zwykłą Margharitę – to by mi lepiej pozwoliło ocenić smak ciasta… a tak to hmm, dobre było ale wolę pizze klasyczne ;) no ale mówię – lepiej bym ocenił gdyby to była zwykła Margherita albo Marinara. Zjadłem w ostatniej chwili i zdążyłem na Flixbusa idealnie. 2 godzinna przesiadka w Mediolanie też jakoś zleciała. Lampugnano to strasznie obskurny dworzec, ale na plus że sklepik na nim jest czynny całodobowo (a także mają przechowalnię bagażu, to chyba nowa? nie pamiętam jej z poprzedniej mojej przesiadki w tym miejscu, bo przecież zostawiłbym wtedy walizkę i miał już Mediolan zaliczony, a tak to nadal czeka ;) ). Sklepik ma oczywiście okropne opinie, jak to takie dworcowe bary, ale ja kupiłem croissanta z nadzieniem (na drogę, na śniadanie rano bo wtedy w nocy byłem jeszcze pełny po pizzy) i był on nie drogi – 1,90€ a okazał się bardzo smaczny, więc ja im wystawię pozytywną opinię. Niestety wyświetlacz w środku tej minipoczekalni pokazywał jakieś głupoty ale ten na zewnątrz już ok. Flixbus przyjechał punktualnie, wszystko ok. Droga do Düsseldorfu była długa, większość przespałem i to całkiem nieźle ;)

1.11 – sobota – powrót
W Düsseldorfie byłem o 14:00, na ostatni odcinek to już była przesiadka na Flix-Train… i szczerze mówiąc nic ciekawego nie pamiętam poza tym, że w Düsseldorfie na dworcu długo się zastanawiałem co by tu zjeść żeby było smacznie ale i cenowo korzystnie i wybrałem precla z masłem i szczypiorkiem ;)

Zanim przejdę do zdjęć i kosztów, muszę jeszcze zapisać sobie pewien ważny wniosek z wycieczki… Wyjątkowo mi się podobało, że tak sobie trzeciego dnia poradziłem z tym biletem na Wezuwiusza… że na ostatnią chwilę, a jednak udało się dopiąć swego i że tak to wszystko jednak płynnie poszło… Że może trochę drożej, ale to przecież nie jakiś majątek, a wygoda i cel osiągnięty, i w ogóle… to mi dało dużą dawkę energii, która mnie trzyma w sumie do teraz i chyba tak już zostanie do końca roku co najmniej ;) Żałuję tylko że nie zdążyłem zapisać sobie na pamiątkę biletu wstępu, który przysłali na WhatsApp, bo niestety szybko go też z wiadomości skasowali… I to właściwie jedyny bilet z tej wycieczki jakiego mi brakuje.
I tyle różnorodnych regionalnych wariantów kuchni spróbowałem – właściwie wszystkiego, czego tylko można było spróbować (pomijając oczywiście dania, których nie jadam bo są np. mięsne).
Jak to fajnie podsumował chatGPT (bo lepiej mu idzie formułowanie moich myśli niż mnie :D ): moment osobistego przełomu: „o, ja naprawdę potrafię ogarnąć swoje sprawy, nawet trudniejsze”. I właśnie dlatego czasem życie musi nam rzucić jakiś mały, niegroźny „chaosik”, żeby ten dawny zasób się przypomniał.” :)

Zdjęć mógłbym tu zamieścić setki. Zrobiłem 1600, po „przerobieniu” zostało… jeszcze nie wiem, bo jeszcze nie skończyłem :D Jak tylko skończę, niezwłocznie sobie uzupełnię ;) Wybrałem jednak najlepsze:

Neapol:

Pompeje:

Herkulanum:

Wezuwiusz:

Rzym:

Watykan:

Genua:

Turyn

1. Flixbus do Hamburga: 10,98€
2. Bilet miejski S-Bahn z dworca na lotnisko: 3,63€
3. Samolot Hamburg -> Neapol: 122,97€ (tu chyba miałem drobną zniżkę za punkty… a może każdy miał ;) )
4. Flixbus Neapol -> Rzym: 7,48€
5. Flixbus Rzym -> Genua: 45,98€
6. Pociąg Genua -> Turyn: 14,45€
7. Flixbus: Turyn -> dom: 81,46€
8. Autobusy miejskie (u mnie): 3,20€
9. Przejazdy w Rzymie: 7,50€
łącznie: 297,65

1. Hotel Neapol: 167,76€
2. Hotel Rzym: 54,16€ + 6€ = 60,16€
3. Hotel Genua: 65€ + 2,50€ = 67,50€
łącznie: 295,42€

Artecard: 41€
Inne bilety wstępu: 35€ + 9€ + 40€ + 10€ = 94€
widokówki, pamiątki: 5€ + 3€ + 1€ + 3€ + 2€ + 1€ + 1€ = 16€
reszta (głównie, a właściwie chyba wyłącznie jedzenie): 74,20€

Reszta szczegółowo (rozwiń/zwiń):

(przejazdów „dużych” tu nie liczę, bo one zostały opłacone wcześniej)

25.10 (sobota)
– Artecard: 41€
– supermarket: 5,75€
– pizza Margharita: 5€

26.10 niedziela)
– 3 zapachy: 3€
– brioche i croissant: 5+3=8€

27.10 (poniedziałek)
– Wezuwiusz – transport i wejście: 35€
– bransoletka: 5€
– widokówka: 1€
– Pepsi: 1€
– pizza Marinara: 5€
– Katakumby (ze zniżką): 9€

28.10 (wtorek)
– pizza fritta: 5€
– lody w Neapolu: 4€
– 2 widokówki: 2€
– lody w Rzymie: 4€
– 3x przejazd w Rzymie: 4,50€

29.10 (środa)
– Muzea Watykańskie: 40€
– 2 widokówki: 2€
– krypta + muzeum kapucynów: 10€
– 2 kawałki pizzy: 4€
– Burger King: 5€
– lody: 4€
– 2x przejazd w Rzymie: 3€

30.10 (czwartek)
– focaccia 2,30€ + brownie 3€ + brioche 1,50€ (+opakowanie 0,20€) = 7€
– supermarket: 4,45€
– widokówka: 1€

31.10 (piątek)
– Farinata: 2,50€
– lody: 4,50€
– widokówka: 1€
– pizza Funghi: 7,50€

31.10-1.11 (w drodze):
– croissant: 1,90€
– precel: 2,60€

wszystko, wszystko łącznie: 818,27€ – bardzo spoko kwota, obecnie wszystko poniżej 1000€ wydaje mi się do przyjęcia jeśli chodzi o tygodniowy urlop z taką masą atrakcji ;)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Bildungsurlaub 2025

Tym razem zachciałem sobie mieć ten „urlop edukacyjny” w ciepłej porze roku, poza tym temat miał być o miejscach zbrodni nazistowskich na terenie miasta i miały być spacery… ale niestety nie było dość chętnych (no jak może nie być dość chętnych na taką tematykę?! :( ) i zaledwie niecały miesiąc wcześniej dowiedziałem się, że muszę wybrać coś innego. Może jakbym był akurat w pracy, to wolałbym całkiem zmienić termin, ale że akurat też byłem na urlopie (zwykłym, rocznym), to zmiana terminu byłaby zbyt skomplikowana i wybrałem jednak coś innego… I ten wybór też nie był łatwy, bo mój drugi wybór w tym samym terminie – czyli malowanie, też już było zajęte. Trzeci – fotografia – też (i nie udało się wcisnąć na żadne z nich). Wolne było jeszcze Morze wattowe, Adobe Premiere Pro CC z podstawami edycji wideo i Holistyczna promocja zdrowia z Ajurwedą. Po długim namyśle stwierdziłem, że morze wattowe to fajna wycieczka, ale mało dla siebie na stałe, nauczyć się edycji wideo to fajna umiejętność ale może być za dużo presji (dla mnie), więc… wybrałem ajurwedę mając na dzieję na trochę relaksu, może medytacji i podstawy jogi… i było super! :) To taka niespodzianka – niespodziewanie tam trafiłem i niespodziewanie tak mi się podobało, że mój „urlop edukacyjny” chyba nie mógłby być lepszy :P Tak jak i poprzednio, opiszę sobie dzień po dniu:

25.08
Poprzedniego wieczora jakiś taki podenerwowany byłem, bo nie wiedziałem czy trafię itp., ale trafiłem punktualnie, no i uznałem że jest całkiem fajnie już od początku ;) Osób było chyba 12, w tym dwóch innych facetów! – tego się nie spodziewałem jakoś :D Byliśmy na takiej sali gimnastycznej, na matach, można siedzieć, można leżeć, także wygodnie :D Dużo ćwiczeń oddechowych, bałem się że zasnę, tak mało spałem w nocy, ale nie, fajnie, przyjemnie było ale nie zasypiałem. Przedstawialiśmy się (to jak zwykle na początku) prowadzący – nauczyciel (w zaawansowanym wieku, a jednak jeszcze sprawny i chętny robić takie zajęcia!) opowiadał o doszach, robiliśmy test (ale musiałbym sobie i tak prywatnie powtórzyć może po polsku :P z resztą mówił, że należy go wykonywać wielokrotnie, bo to się zmienia), pokazywał jak ocenić po swoim pulsie, którą doszą jesteśmy (pierwszy raz w życiu udało mi się wyczuć swój puls – nigdy nie wiedziałem jak to zrobić :D ). Ogólnie rzeczywiście było powolnie (mój znajomy tego nauczyciela zna z kursów jogi i już mnie „ostrzegł” jak będzie :D ) ale bez stresu, no mi się bardzo podobało, bo rzeczywiście sprzyja to takiemu zwolnieniu. Jak na razie „urlop” bardzo fajny, faktycznie jak urlop, może tak miało być że miałem na to iść właśnie :P Zaproponował też krótkie przerwy (bez długich), żebyśmy wcześniej skończyli (ale to chyba też standard na Bildungsurlaub tylko tutaj nie pytał czy chcemy, tylko zaproponował i dopiero zapytał czy nikt nie ma nic przeciwko – i dobrze :P ), skończyliśmy już o 15:30 (czy nawet trochę wcześniej), bo dzisiaj miało być 11:00-16:00, a od jutra do piątku już 9:00-14:00, może też skończymy wcześniej ;) Jeszcze mówił że gdyby komuś się nie podobało co tutaj robimy to ma mówić, bo inaczej ciało się stresuje i to nie jest zgodne z ajurwedą ;) no i fajnie, że jest taki respekt, ale nie miało się co nie podobać. Kolejnego dnia kazał wejść do budynku obok, po schodach na górę i mieliśmy rozmawiać o ziołach, w środę zioła w plenerze oglądać, w czwartek rozmawiać o żywności i diecie, a w piątek… nie pamiętam ;)

26.08
Tego dnia siedzieliśmy na krzesłach, w salce budynku obok, więc może mniej trochę ćwiczeń medytacyjnych było (chociaż były też, w sumie jest to fajnie podzielone, że jest ćwiczenie, potem opowiada coś tam, potem znów ćwiczenie, znów opowiada – tak na przemian :) ), opowiadał o przyprawach, o tym wszystkim co się używa na co, dostaliśmy po kawałku korzenia kurkumy do posadzenia (można sobie posadzić i hodować, ładny kwiat z tego rośnie ale podobno ciężki w uprawie – to doczytałem potem w internecie :P ale jak już dostałem ten korzeń, to posadziłem (spojler: i nawet rośnie!), dostaliśmy po 3 listki neem (chyba :D ) żeby sobie zaparzyć do wypicia (co też uczyniłem – niedobre :D jak woda z suchymi liśćmi :D), no i co tam jeszcze… mieliśmy opowiedzieć o jakimś przyjemnym przeżyciu ostatnim (to opowiedziałem, że dla mnie jest przyjemne leżenie na plaży albo na wodzie :P ). I ogólnie to zauważyłem, że te… no może nie medytacje ale ćwiczenia oddechowe (a może trochę medytacje :P ), które robimy z wydawaniem dźwięków (no powiedzmy takim mruczeniem sylab, nie wiem jak to fachowo nazwać :D (chodzi o to, że podobno te różne dźwięki jak „Humm” powodują różne wibracje w ciele i masują poszczególne organy) – po to są niby by masować, ja tam nie wiem czy czuję żeby moje organy były wymasowane ;) ale za to zauważyłem, że to skupianie się na mruczeniu ich na wydechu powoduje, że nie rozpraszają mnie inne myśli, więc fajnie się przydaje do medytacji :) Skończyliśmy już o 13:00, więc też fajnie.

27.08
Dzisiaj mieliśmy taką dłuższą medytację z recytowaniem mantr, potem jeszcze chwilę rozmawialiśmy o pozytywnym nastawieniu do życia, a potem przyszła taka babka na zastępstwo (bo prowadzący został zaproszony na odbiór jakichśtam nagród kogośtam) i poszliśmy do parku rododendronów oglądać te różne zioła i rośliny użyteczne – faktycznie są one tam w tych ogródkach ale nigdy nie zwracałem uwagi, że ich tam jest tak dużo :P I nie wiedziałem, że one w sumie wszystkie pachną jak potrzeć choćby listka – także to najważniejsze odkrycia z dzisiaj :D (są nawet 3 roślinki które śmiesznie pachną i nazywają się potocznie jakoś w stylu: „Gumisiowe drzewko” – po potarciu pachnie jak żelki/gumisie :D „Drzewko guma do żucia” – pachnie jak miętowa guma i „drzewko coca-cola” – noo powiedzmy że pachnie trochę jak coca cola :D Do sali już nie wracaliśmy, i w sumie już o 12:00 byliśmy wolni (także naprawdę fajny urlop :P ). Myślałem nawet czy nie pojechać nad jezioro jeszcze raz, było naprawdę gorąco przed południem, ale potem się jednak trochę zachmurzyło i chyba nawet kropiło, więc spędziłem dzień na balkonie na huśtawce, trochę się zdrzemnąłem, trochę poczytałem i też było bardzo miło :P A na jutro mamy przynieść 2 ręczniki, jakiś olejek do masażu lub jakikolwiek olej i jakiś zapach który lubimy, będziemy poznawać ajurwedyjski masaż.

28.08
Dzisiaj rozmawialiśmy o żywności no i pokazywał nam te masaże (tzn. to takie jakie samemu sobie możemy robić, głównie takie poklepywanie ciała, no chociaż trochę masażu też, no i ze szczególnym uwzględnieniem masażu stóp, mam nadzieję, że zapamiętam bo było to przyjemne :P ), w ajurwedzie jest też pewien masaż całego ciała, ale to już musi zrobić ktoś i robi się to bez ubrania, więc wiadomo że takiego czegoś nie byłoby na takim kursie :P Pomiędzy tym oczywiście te medytacje z mantrami – także nadal fajnie :) Szybko leci tam czas… Co do jutra to pytał: „co będziemy robić jutro?” :D i mogliśmy sami zaproponować, mamy chyba znów iść do parku ale może do budynku tam… nie wiem, nie zrozumiałem dokładnie a może się akurat zamyśliłem jak o tym mówili :D

29.08
Codziennie po drodze (a jeździłem rowerem, każdego dnia!) mijałem taką jedną piekarnię, a właściwie budkę z pieczywem (ale budka była chyba dlatego, że w budynku remont) i tak sobie postanowiłem że raz tam coś kupię na śniadanie :P tak więc dzisiaj nie jadłem w domu tylko kupiłem sobie tam – Quarktasche (ale z innego ciasta niż supermarketowe) i to zjadłem na śniadanie – bardzo smaczne ;) I dwa małe rogaliki – wszystko razem 4,25€ – jak to w piekarni :P Zajęcia zaczęliśmy od ćwiczeń oddechowych/medytacji z mantrami, dostaliśmy zaświadczenia i poszliśmy do parku rododendronów. Tam mieliśmy wejść do budynku do sali „Friedens-Buddha” (to tego wczoraj nie zrozumiałem :P ), to jest taka część ze statuetką Buddy, wstęp jest tam za darmo (ale trzeba wziąć bilet przy kasie), porobiłem kilka zdjęć. Ten posąg to jest prezent czternastego Dalai Lamy dla Europy – jest takich 5, na każdym kontynencie po jednym, a ten dla Europy trafił akurat tutaj – fajnie, nie wiedziałem nawet że coś tak rzadkiego tu jest ;) W parku jeszcze też robiliśmy jedno ćwiczenie oddechowe, w sumie wszystko razem też tak do około 13:00 potrwało.

Relacja moja jest dosyć chaotyczna ;) ale częściowo na bieżąco pisana i… czuję że tak powinno zostać ;)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Lipsk i nie tylko… (25-26.07)

25.07 – piątek
Tym razem kształt mojego urlopu stanął pod znakiem zapytania z kilku powodów… Wymyśliłem sobie mianowicie, że jako iż to nocna zmiana, wezmę ostatnią noc wolną (z czwartku na piątek), co sprawi, że spokojnie w czwartek po pracy się wyśpię i w piątek rano ruszę do Polski zwiedzając po drodze 2 miejsca, przez 2 dni – Lipsk i Drezno (w Dreźnie już wprawdzie raz byłem ale było wtedy jakieś, nie wiem, -10 stopni XD a to nie jest temperatura w której przyjemnie się spaceruje). Mogło się to nie udać, bo prawie nie dostałem tego dnia wolnego (a wcześniej jeszcze naprawy samochodu zakończone dosłownie dzień wcześniej, że o problemach z zębem nie wspomnę…). A jednak – w piątek rano mogłem ruszyć! I od razu, jeszcze na ulicy obok, fotoradar zrobił mi zdjęcie :/ Zawsze się tam pilnuję, a tego dnia nie wiem, trochę stresu przed wyjazdem i taki efekt… Popsuło mi to podróż na jakieś 200km ;) (dodatkowo stres, że pewnie za parę dni przyjdzie, a mnie nie będzie i może nie opłacę w terminie i co wtedy… w końcu się jednak jakoś uspokoiłem, że przecież chyba każdy może mieć urlop /mandat przyszedł, nie aż tak szybko i mniejszy niż się spodziewałem ;) /). Jak już się z tego zdjęcia otrząsnąłem, droga poszła dosyć ok. Do zaparkowania wybrałem sobie w Lipsku parking Park & Ride „Am Messegelände” – żeby było jak najbliżej z autostrady A14. To pewnie był dobry wybór, lecz aby mi było wygodnie, stanąłem sobie blisko S-Bahna (i to pewnie był już gorszy, ale do tego wrócę później). Parking jest darmowy i ogromny, jest też toaleta nawet ok (korzystałem raz, następnego dnia rano, płatna chyba 0,50€ czy jakoś tak). Jeśli chodzi o bilet na komunikację, to mają aplikację, m.in. z taką funkcją, że wsiadasz – posuwasz, wysiadasz – posuwasz ponownie i nic więcej nie musisz robić, bez sprawdzania taryf, przystanków itp., na koniec dnia apka sama oblicza najkorzystniejszy bilet. Ponieważ uważam, że korzystanie z komunikacji miejskiej w XXI wieku właśnie tak powinno wyglądać, więc mimo niepewności, zdecydowałem się właśnie tak skorzystać! Tylko jeden minus – płatność można (i trzeba) dodać dopiero po tym pierwszym sunięciu, więc jest to mało wygodne. Z tego też powodu podałem PayPal, bo najszybciej… ale trzeba było jednak kartę kredytową, bo z PayPala tak jakby za każdy przejazd „blokowali” mi 5€ :P Finalnie faktycznie pobrali tylko za jeden bilet całodzienny, ale wyglądało to dziwnie i niepewnie i meh, z kartą płatniczą byłoby pewnie lepiej. No nic, dotarłem do miasta i co mogłem zwiedziłem, rozważałem Panometer, Muzeum Stasi – wszystko to ciekawe ale czas nie jest z gumy, rozważałem jeszcze inne tego typu atrakcje ze wstępem… ale jeden dzień to nadal dość mało by wszystko poodwiedzać, pogoda była piękna (choć wróć – przez jakiś czas padało :P ale potem znów się rozpogodziło), więc odpuściłem wszystko ze wstępem (a żeby się np. do Panometer pójść opłacało, to uważam że musi być fajna tematyka, katedry oglądać za kilkanaście € to jednak nie dla mnie ;) ale bywają super-ciekawe tematy). Tu i tam pojeździłem, tam gdzie wygodniej było, to szedłem… na koniec dnia zachód słońca pod Pomnikiem Narodów – było pięknie! Ten pomnik chyba podobał mi się najbardziej, mówią, że wygląda trochę „azjatycko” ;) nie wiem, ale na pewno jest bardzo fotogeniczny! No a potem wróciłem do samochodu i w sumie planowałem ruszyć już w dalszą drogę, bo wprawdzie parking duży i pusty, ale jakoś mi było dziwnie tam spać… A tu niespodzianka – samochód nie reaguje na pilota :( Nic to – mam zapasowego w bagażu – otwarłem kluczykiem nie bacząc na migające światełka (Boże, dzięki ci że wyłączyłem syrenę alarmu lata temu, zanim zgubiłem od niej oba kluczyki :D bo inaczej nie byłyby to tylko światełka…), wygrzebałem drugiego pilota – a ten też nic! Ooo, Panie, grubo, tu już mi ciśnienie skoczyło… Miewałem takie problemy już wcześniej, a i owszem, ale zawsze tylko krótko po odłączeniu akumulatora lub kiedy bateria pilota była słaba, a tym razem nic z tych rzeczy. No albo padło dokumentnie albo ja nie wiem. Oczywiście w takim stanie nie zapalę samochodu… Ale po wielu próbach chyba udało mi się go normalnie otworzyć (to znaczy pilotem, to znaczy też nie normalnie, bo po wielu próbach ale w końcu zareagował). Wyczerpałem się psychicznie (i nie powiem, że nie obawiałem się zupełnie czy w ogóle teraz ruszę), więc postanowiłem, że jednak tu śpię (a jak nawet ruszę – przez resztę drogi nie używam pilota!). Tak też zrobiłem i było spoko (w międzyczasie zapytałem Gemini o co kaman i poza mrożącymi krew w żyłach przyczynami, jak rozkodowanie kluczyka /ale dwóch?!/, jedną z opcji, choć mniej prawdopodobną, mogły być zakłócenia elektromagnetyczne… a ja właśnie myślę, że to była przyczyna, ta bliskość torów czy nawet czegoś innego, bo od wtedy problem się nie powtórzył, także kolejna nauka: nie parkować zaraz obok przewodów elektrycznych i innych zakłóceń elektromagnetycznych :P ). Można powiedzieć, że się wyspałem ;) A przygotowany byłem – wziąłem nawet śpiwór, w końcu jednak nie był mi potrzebny (było dość ciepło). Czego natomiast nie przewidziałem, to że na 2 dni powerbank 10.000mAh to może być trochę mało… A przecież mam starter do auta będący też powerbankiem 20.000mAh, dlaczego go nie wziąłem?! :[ (ok, miałem też maleństwo 5.000mAh w rezerwie ale no jednak musiałem się ograniczać). Nauczka na przyszłość: nocowanie w samochodzie = powerbank 20tyś. – obowiązkowo, zawsze!

26.07 – sobota
W niepewności nastawiłem kolejny cel, pewien parking darmowy, jednak blisko centrum Drezna i ruszyłem – zapaliłem bez problemu, no to kamień z serca ;) Dojechałem, a tam leje, w dodatku parking okazał się zamknięty, bo tam jakieś wydarzenie akurat się odbywało… Zawsze to trochę problem na szybko szukać czegoś innego (zwłaszcza jadąc XD nie no, taki żarcik, oczywiście zatrzymałem się w jakimś ubocznym miejscu, aczkolwiek też tam nie bardzo długo mogłem stać, nie mówiąc już o tym, że bardzo nie chciałem gasić silnika, na wypadek gdyby… no wiecie… immobiliser znowu zwariował w jakiś nieprzewidziany sposób…), znalazłem inny, już tam trudno jeśli nie darmowy, ruszyłem… a tam też jakieś coś tam… chyba miejsc nie było… Jadę więc wolno dalej, nie wiadomo gdzie, i zadałem sobie pytanie czy ja w ogóle chcę chodzić po tym Dreźnie kiedy tak pada i miasto wygląda okropnie? (ono jest szare, zwłaszcza kiedy pada). Przecież byłem tam już zimą, atrakcja miała być w tym, że teraz pospaceruję nad rzeką i po ogrodach pałacowych, ale przy pogodzie! (a nie wtedy ledwie, bo w mrozie, a teraz ledwie, bo po deszczu…). Szybka decyzja: nie Drezno, jadę do Pirny! W Pirnie jest Muzeum DDR (czy NRD jak kto woli ;) ), do tego nie trzeba pogody i dzień nie będzie stracony, bo i tak chciałem kiedyś je zwiedzić! Tak też zrobiłem :)
Muzeum ma swój parking ale ja stanąłem pod pływalnią (ten parking był sugerowany jako parking na zwiedzanie miasta także), nie było to daleko, więc mimo deszczu nie zdążyłem zmoknąć (spod muzeum musiałbym i tak odjeżdżać, a też nadal nie chciałem ruszać i przeparkowywać jeśli to nie było absolutnie konieczne). Dobrze zrobiłem, bo wszystkie miejsca pod muzeum były i tak zajęte ;) Muzeum jest ciekawe i warto było zwiedzić, ale mam dwie uwagi:
1.) Dodatkowe 1€ do biletu za pozwolenie robienia zdjęć na użytek prywatny, to lekkie przegięcie. To nie majątek ale chodzi o sam fakt – nigdzie nie ma takich wymysłów żeby za zdjęcia na własny użytek trzeba było płacić…
2.) To naprawdę sprytne, że wnętrza praktycznie nie trzeba remontować, a i tak pasuje! :D Pasuje, bo jest staroświeckie, tak jak eksponaty :D (uwaga: w WC też się można poczuć jakby się cofnęło o ileś-dziesiąt lat :D ).
Z muzeum wyszedłem około 15:00 no i teraz pytanie: co jeszcze? Wiedziałem o Zamku Pirna-Sonnenstein, miejscu pamięci akcji T4 – tylko to kawałek drogi, a z buta czy zdążę? Rozważałem nawet gdzieś tam podjechać, ale nie byłem pewien, czy trafię, czy się gdzieś nie wcisnę gdzie bym nie chciał, na jakiś dziwny parking… No ale jest 15:00, latem do 17:00 otwarte, jak za pół godziny dojdę, to jeszcze trochę czasu, nie? Szkoda byłoby nie zwiedzić, wejść można za darmo, więc nawet na chwilę to żadna strata… idę! Poszedłem, doszedłem, zwiedziłem, miejsce ciekawe (jak wszystkie tego typu dla mnie), tylko… za dwadzieścia siedemnasta pracownik prosi mnie o wyjście – wtf?! Tak byłem zaskoczony, że nic nie powiedziałem, porobiłem tylko zdjęcia kilku ostatnim tablicom do doczytania w domu (po tych zdjęciach widzę, że nawet było jeszcze wcześniej – 16:37!). Ja rozumiem za piętnaście uprzejmie przypomnieć zwiedzającym że zaraz zamykają, ale wprost prosić o wyjście 23 minuty przed oficjalną godziną zamknięcia, to chyba jest przegięcie?! Nie omieszkam wystawić odpowiedniej opinii na Google Maps, bo jeszcze tego nie zrobiłem ;) Potem zwiedziłem jeszcze trochę miasteczko, przed ratuszem był jakiś mały koncert, zjadłem sobie także lody tym razem dla odmiany w starym stylu – nie szukając za bardzo opinii o najlepszych ;) i były smaczne, ale znowu – chyba przypadkowo trafiłem na lodziarnię, która i tak miała niezłe opinie ;) W dalszą drogę ruszyłem tak, żeby jeszcze do Lidla i Netto zdążyć, bo wiadomo – mam swoje przyzwyczajenia spożywcze i by mi w Polsce brakowało :D (no i w rezultacie musiałem odwiedzić 3 sklepy Netto, bo mojej coli już nie było :/ ale jest lato, nie chciałem kupować wcześniej żeby mi dwa dni na słońcu w aucie stały, no ale choć pod lekką presją czasową, zdążyłem i ok).

Kosztów nie ma sensu liczyć, bo jakiś tam lekki objazd wprawdzie zrobiłem, ale w Polsce też nie zmierzałem od razu do domu jechać, więc jakoś tak to wszystko ładnie się zgrało, że ciężko tu nawet mówić o kosztach ;) No wstęp do muzeum w Pirnie kosztował 11€, kupiłem też widokówkę w Lipsku, nie pamiętam za ile… i tyle ;) [Edit: widokówka kosztowała 1,20€ czyli strasznie drogo :P ale jest też jakaś taka z takiego papieru specjalnego ;) ].

Zdjęcia Lipsk:

Zdjęcia Pirna:

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Szwajcaria/Francja: Genewa – Annecy – Lozanna (24-31.05.2025)

Znowu zaczynają robić mi się zaległości, więc czas już opisać tą relację zanim całkiem zapomnę ;) Relacja z tej wycieczki będzie nieco inna, bo nie byłem sam – akurat mama u mnie była i pojechaliśmy razem. Z tego względu nastawiałem się na podróż samochodem – tak miało być i taki był plan. Lecz mój samochód niedomagał… nie mogłem nim jechać, byłoby to może zbyt ryzykowne. Trochę mnie to zirytowało, no bo dwie osoby i Flixbus, to podwójny koszt… ale finalnie, serio, nie wyszło dużo drożej (i pisząc „niedużo” mam naprawdę na myśli kwotę rzędu ze 30€, bo samochód to nie tylko paliwo ale i parkingi, winiety itp…) o stresie już nie mówiąc, przynajmniej się tym parkowaniem i prowadzeniem nie musiałem męczyć ;) Choć fakt – gdybym był samochodem, pewne rzeczy zaplanowałbym inaczej… ale to jak zawsze coś za coś. W ogóle to tak naprawdę planowałem Genewę – Annecy – Montreux ale to ostatnie miasto okazało się za drogie, a przede wszystkim logistycznie utrudnione bez samochodu, więc cóż… tam też kiedyś jeszcze muszę zajechać ;) Teraz przejdźmy do relacji

Odjazd był w sobotę 24.05, dwie przesiadki (w Hannoverze i Dortmundzie, chyba, bo już nie pamiętam :P ), dojazd na miejsce, to znaczy do Genewy, w niedzielę 25.05 rano. Do hotelu z przystanku było blisko (sam hotel – Les Arcades – na wprost dworca głównego, bardzo dobra lokalizacja, no ale przystanek Flixbusa był w trochę innym miejscu), więc poszliśmy zostawić bagaże. Darmowe bilety na komunikację miejską na czas pobytu, przyszły już chyba wcześniej mailem :) Potem spacer nad jezioro Genewskie i po mieście więc największa w Europie fontanna, Park Bastionów, Mur Reformacji, najdłuższa drewniana ławka na świecie ;) Hmm, gdzieś tam też jeździliśmy czymś, tramwajem, autobusem… np. pod siedzibę ONZ. To wszystko nie było aż tak daleko od siebie ale skoro już były te darmowe bilety… Odwiedziliśmy też Muzeum Czerwonego Krzyża. W hotelu pierwsza nieprzyjemna niespodzianka: kontakty… znaczy niby normalne, europejskie, ale wyłącznie wąskie! Więc telefon naładujesz, ale mój podróżny komputer ma szeroką wtyczkę zasilacza! :( Więc za długo sobie na nim nie posiedziałem… Kolacja w Burger King, który był bardzo blisko, bo koło dworca, więc można było wziąć żarcie do hotelu zanim wystygnie ;) wziąłem coś, czego nie ma w Niemczech czyli Veggie Falafel Burger (tak szczerze, to nie powalił :D wolę zwykłe plant based jednak, no ale przynajmniej spróbowałem czegoś nowego i mogłem się przekonać).

26.05 – poniedziałek – na ten dzień zaplanowałem zwiedzić CERN. To znaczy wiedziałem, że niestety w poniedziałki jest zamknięty, ale chciałem chociaż zobaczyć teren i tak też się stało (nawet się przeszliśmy potem na granicę z Francją, bo to kilka kroków :D ). Oczywiście CERN zamierzam zwiedzić kiedyś na pewno, więc cóż – muszę tam wrócić ;) Już same tablice tam były mega ciekawe… i znowu ta myśl: naukowcy robią takie ciekawe rzeczy, a co ja robię ze swoim życiem?! ;) Potem powrót do miasta i wejście na wieżę widokową – z kościoła św. Piotra – 12 franków zapłaciłem za dwie osoby, więc bilet normalny to chyba było 7CHF, a senior 5CHF… także trochę ta przyjemność kosztuje. Widokówki też jakieś drogie – 3 franki za 2 zapłaciłem… Wieczorem wróciliśmy do hotelu po bagaże i w drogę dalej: do Annecy! Również Flixbusem i nie było to daleko. W Annecy wynajęty mieliśmy apartament… znaczy w sumie po prostu jakby mieszkanie w budynku z innymi mieszkaniami prywatnymi (pokój, kuchnia, łazienka i balkon) – Studio cosy proche du lac – tam jednak już po przybyciu pojawił się problem… no bo klucze są w skrytce przy domofonie ale skrytka wyjątkowo oporna była :D Jakaś dziewczyna tam mieszkająca w końcu pomogła nam i w ogóle niespodzianka – mówiła bardzo dobrze po angielsku, co jak się okazuje, także nawet we francuskojęzycznej części Szwajcarii nie jest aż takie pewne (choć tam o to i tak łatwiej niż we Francji…), z samym tym „hotelem” jak mi potem przyszło korespondować, to ja po angielsku, oni po francusku :D Ani jednego zdania mi po angielsku nie napisali… ale nic, w dzisiejszych czasach to i tak wszystko jedno, bo translator i jedziesz. No wracając do tej dziewczyny – pytała skąd jesteśmy, ja mówię, że z Niemiec, a ona na to że o, w Monachium mieszkała przez pół roku na studiach, także miło. W mieszkaniu były normalne kontakty :D niestety okazało się, że internet nie działa. Właściciele nie dopilnowali i coś się wysypało. I cóż z tego, że dostałem się do ustawień routera, jak nie wiedziałem co dalej. Btw. gość to raczej nie powinien móc wchodzić w ustawienia routera :P kto wie, może nawet ktoś z poprzednich gości coś popsuł, ale to też właścicieli wina, że nie zadbali o to lepiej. Także choć laptopa mogłem naładować i np. obejrzeć sobie film, to z kolei z internetem lipa, chooociaż potem podrążyłem i okazało się, że mama może jednak ze swojego pakietu mobilnego z Orange w UE darmowo korzystać, a pakiet ma wcale niemały, więc potem tylko mówiłem: „proszę mi udostępnić internet” i tak długo jak trzymaliśmy się blisko, mogłem sobie korzystać za darmo :P Późnym wieczorem mieliśmy wyjść coś zjeść ale potem już nam się nie chciało, więc były tylko przekąski wcześniej w Carrefour kupione ;)

27.05 – wtorek – spacer po mieście, gdzie akurat targ był, i nad jezioro itp. Po południu poszliśmy pod Bazylikę Nawiedzenia (Basilique de la Visitation), tam też było bardzo ładnie, a potem powrót nad jezioro. Tego dnia kolacja we francuskim Burger Kingu ;) gdyż też nie było to aż tak daleko od kwatery. Nie pamiętam co tam jedliśmy, ale było to smaczne :D

28.05 – środa – na ten dzień zaplanowałem wędrówkę w naturze, a mianowicie na punkty widokowe wzdłuż jeziora, na wzniesienia (czy już może nawet nazwać to górą) koło niego. Zaszliśmy aż pod Le Cret i nawet mama dawała radę ;) Widoki piękne, no ale nie tylko tam ;) Po południu pogoda się popsuła i zaczęło padać, ale nie zmokliśmy jakoś tragicznie, bo już i tak byliśmy w drodze powrotnej (a też i nie padało tak mocno). Wieczorem wypad po pizzę do niedalekiej pizzerii, bo była dosyć polecana, a na pewno jedna z najtańszych tam ;) W sumie nie pamiętam jej jakoś szczególnie ale nie była zła.

29.05 – czwartek – tego dnia rano odjazd do Lozanny (nadal Flixbus, to było prostsze niż jakieś inne środki transportu). Tu również dostaje się darmowe bilety na komunikację miejską ale do hotelu też znowu poszliśmy na pieszo, głównie dlatego że i tak mieliśmy czas… W hotelu chciałem po prostu zostawić bagaże w przechowalni, ale miły pan zaproponował, że jak się zapiszę do klubu Marriott, to będziemy mogli już teraz pójść do pokoju, a to członkostwo nic nie kosztuje, więc należę teraz do klubu Marriott :D Aha, hotel Moxy – to jakiś budżetowy odpowiednik Marriotta ale piękny był… najładniejszy hotel z tych trzech. Noo tylko że problem ten sam co w Genewie – kontakty :/ No nic, przynajmniej mogliśmy się odświeżyć i dopiero ruszyliśmy w miasto. Trochę na pieszo, trochę komunikacją. Kolejny punkt widokowy – wieża katedry Notre Dame w Lozannie i ludzie… to był najładniejszy widok z całej wycieczki! :) A jeszcze wyszło tak, że… ja oczywiście uzbrojony w moją wspaniałą, kochaną kartę kredytową w ogóle nie zadałem sobie trudu zdobycia franków szwajcarskich, bo po co, uznałem że karta wystarczy i w sumie wystarczyła :P No ale w katedrze chcę kupić bilety (chyba 3CHF normalny, 2CHF senior, do tego jeszcze promocja 3 widokówki za 1CHF), a tam im czytnik nie działa… Nie byłem jednak jedynym z tym problemem, więc pani powiedziała, żebyśmy poszli na wieżę, zapłacimy wychodząc. No to poszliśmy, a wychodząc okazało się, że nadal nie działa i powiedzieli, że z tego powodu mamy za darmo – miło (no ale też jaką mieli alternatywę? :D no w sumie mogli skasować w euro…). O widokówkach zapomniałem, oni chyba też, więc też zgarnąłem je za darmo :D (no ale miałem i w sumie nadal mam w planach przelać im tam jakąś darowiznę w ramach podziękowania ;) ). Popołudnie spędziliśmy w parkach i nad jeziorem – a tam znowu ten sam problem co wszędzie – taki ogrom ludzi że aż się smutno robi, wyglądają jak mszyce na łodydze – o, to dobre porównanie. Serio, serio, całe nadbrzeże obklejone ludźmi :/ Wieczorem mieliśmy odwiedzić McDonald’s zaraz koło hotelu, ale też nam się nie chciało. Za to zeszliśmy na dół, bo przy zameldowaniu dostaliśmy kupony na darmowy napój – można było wybrać herbatę czy kawę, piwo, wino albo koktajl – także bezalkoholowy, podobno specjalność hotelu ;) więc wybraliśmy właśnie te koktajle bezalkoholowe, dobre no ale no, to po prostu słodki napój.

30.05 – piątek – tym razem bagaż zostawiłem w skrytce hotelowej, znaczy to taka na szyfr, co w sumie jest nawet fajniejsze niż taka, gdzie trzeba angażować jakoś obsługę hotelu by potem walizkę odebrać. Ruszyliśmy na taką wieżę widokową, która jest nieco dalej od centrum (więc komunikacja miejska bardzo się przydała), widok też był bardzo ładny ale jednak tego z katedry nie przebija ;) Potem parczek i tak jakoś dzień zleciał… Wieczorem Flixbus w drogę powrotną (i tym razem pojechaliśmy na przystanek autobusem). Pierwsza przesiadka była w Lyonie i tam też zjedliśmy kolację w McDonald’s – wahałem się, bo jednak wolę vege (ale Burger King był za daleko) ale okazało się, że jest i vege! I to wrapy! I były pyszne!! Tego nie ma w Niemczech w Macu, ubolewam bardzo :( (bo ostatni nie-vege wrap jakiego jadłem, obrzydził mnie bardzo i już nie zamierzam tego powtarzać :P także w Niemczech wrapy pozostało mi jeść tylko w KFC, bo tam są vege). Tak więc dobrze, że poszliśmy akurat tam :) Btw. jak ktoś je na miejscu, to bierze numerek i czeka aż mu przyniosą. Myśmy nie wzięli, bo uważam to za zbędny dodatek, przecież mogę z tą tacą sam se pójść do stolika, nawet jeśli jest na piętrze, ale kelner był tym chyba tak zdziwiony (że ktoś mógł nie wziąć tego numerka), że i tak nam nie dał tacy, tylko kazał wybrać sobie miejsce i zaniósł :D w dodatku jedzenie na miejscu dają w opakowaniach plastikowych czyli wielokrotnego użytku – to też super. Druga przesiadka była w Düsseldorfie, ale to już 31.05 ;) Tego też dnia wróciliśmy do domu.

Teraz kilka zdjęć z każdego miejsca:

Genewa:

Annecy:

Lozanna:

Wnioski z wycieczki mam dwa (a właściwie trzy):
1.) Lozanna mnie zaskoczyła, tak trochę wybrana aby coś jeszcze było skoro nie Montroux, a okazała się tego warta :) ten widok z katedry…!
2.) Podjąłem decyzję, że coś z tym laptopem trzeba zrobić… bo coś mi świtało, że chyba można by go ładować ładowarką uniwersalną, to jeszcze na wycieczce zacząłem googlować i tak – można, musi być tylko odpowiednio silna, porządny kabel, a dodatkowo laptop potrzebuje przejściówki do kabla na USB, ale są takie, wystarczy kupić i nawet stary laptop może tak śmigać. Kupiłem wszystko i działa (choć ładowarka kosztowała 50€…). Więc mam nadzieję, że już nigdy więcej nie będę miał takich niespodzianek ;)
A trzeci wniosek jest taki że hmm… to jednak zupełnie inny klimat wyjazdu, kiedy nie jestem sam. Znaczy ja nie narzekam, z mamą się (przynajmniej na wyjazdach :D ) nadal dobrze potrafimy zgrać ;) i nie będąc sam, mogę sobie swobodniej spać np. we Flixbusie… ale jednak samotne wyjazdy mają ten klimat, od którego chyba się uzależniłem :P

Czas na podsumowanie wydatków… tym razem nie będzie ono tak proste, bo łatwiej jest to policzyć gdy się jedzie samemu ;) Teraz to nie wiem, podliczyć wszystko i podzielić na pół? też się nie da, bo choćby ceny biletów nie byly równe, a inne wydatki też nie rozkładają się na 2 osoby, nie mówiąc już o hotelu gdzie jedna osoba nie zapłaciłaby o połowę taniej… Poza tym Flixbusy na dwie osoby były nieco tańsze niż na jedną, chociaż to akurat grosze… No ale jakoś podliczyć muszę, więc:

1. Flixbus: -> Genewa: 145,93€
2. Flixbus: Genewa -> Annecy: 11,97€
3. Flixbus: Annecy -> Lozanna: 22,97€
4. Flixbus: Lozanna -> dom: 132,93€
łącznie: 313,80€

1. Hotel Genewa: 107,26 + 8,22€ = 115,48€
2. Hotel Annecy: 223,82€
3. Hotel Lozanna: 128,05€ + 11,78€ (119CHF + 11CHF) = 139,83€
łącznie: 479,13€

bilety wstępów, widokówki..: 41,96€ + 4,23€ = 46,19€
reszta: 153,92€

Reszta szczegółowo (rozwiń/zwiń):

(tym razem znów mam ochotę na rozpisanie dzień, po dniu ;) )

24.05
– Dortmund KFC: 12,97€

25.05
– czekolady: 6,90CHF = 7,42€
– Muzeum Czerwonego Krzyża: 27CHF = 29,05€
– Burger King: 24,01€

26.05
– widokówki: 3CHF = 3,23€
– zakupy w Carrefour: 7,16€
– wieża widokowa Genewa: 12CHF = 12,91€

27.05
– piekarnia: 7,60€
– zakupy Lidl: 5,50€
– Burger King: 18,90€

28.05
– widokówki 2szt. – 1€
– lody: 7€
– zakupy supermarket Fanprix: 6,40€
– pizze (2szt.): 20€

29.05
– Lozanna – supermarket Coop: 6,10CHF = 6,53€

30.05
– zakupy Lidl – 8,70CHF = 9,33€
– Lyon – McDonald’s – 21,10€

wszystko, wszystko łącznie: 993,04€
Ile zapłaciłbym jadąc sam? Nie wiem, obstawiam, że 700 i tak bym wydał, a może nawet więcej…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

„My, trans” – Piotr Jacoń

Książkę przeczytałem już jakiś czas temu… no ale jak to ze wszystkim, z wrzuceniem jej tutaj byłem też do tyłu ;) Uzupełniłem teraz pewne przemyślenia i zamieszczam.

Bardzo chciałem przeczytać tą książkę, bo dawno nie czytałem książki o takiej tematyce, natomiast po tym co w ostatnim czasie oglądałem, mam wrażenie, że stosunek do LGBT się jednak zmienia, na szczęście na lepsze, na dużo lepsze. Np. filmy mają zupełnie inny wydźwięk, problemy są nadal ale one są inne, wystarczy porównać np. filmy z lat ’90 ze współczesnym „Red, White & Royal Blue” albo serialem „Sex Education”… Ciekawy byłem jak to będzie w przypadku książki i moim zdaniem… jest podobnie. Być może kogoś to zdziwi, tak jak mnie dziwiło tak wiele opinii jaka to smutna książka i przygnębiająca… ok – politycznie jest dużo do zrobienia jeszcze w Polsce aaale mając porównanie z „Przekleństwo Androgyne” S. Dulko i K. Imielińskiego albo „Byłam mężczyzną” Ady Strzelec, noo tooo tę różnicę widać. Co jest oczywiście na plus. Jest o wiele lepiej niż lata temu, szczerze mówiąc ja odebrałem treść tej książki jako opis tego jak sytuacja obecnie jest pozytywna. Z resztą dla mnie to jest prosta sprawa: należy ludziom pozwolić być sobą, cokolwiek to bycie sobą znaczy i nawet jeśli my tego nie rozumiemy. No bo chyba nie trzeba długo nad tym myśleć, żeby dojść do wniosku, że to z korzyścią dla nas wszystkich będzie – im ktoś będzie miał mniej problemowe życie, tym będzie lepszym obywatelem, np. będzie mógł łatwiej skupić się na edukacji i zostanie dobrym lekarzem, a to pomoże całemu społeczeństwu (a co to za różnica jakiej płci jest lekarz?). Z resztą co tam tak górnolotnie, że lekarzem, niech będzie dobrym hydraulikiem! To też ważne i się przyda. Spełnione, żyjące szczęśliwie jednostki przyczyniają się do dobrobytu całego społeczeństwa. Takie jest moje zdanie.

Ale wracając już konkretnie do książki – tak ogólnie, to nie do końca mi pasuje forma, takie wywiady, urywki jakieś… tak średnio. Chybabym wolał opisy. Natomiast ogólnie, całościowo książka była ciekawa i szybko mi się czytało. Tym niemniej na max punktów to trochę za mało. Może też dlatego że dla mnie to nie są nowe tematy i nikt mi tutaj „oczu nie otworzył” ;)
Rozdział z księdzem też mam wrażenie, że niewiele wniósł ale i też nie spodziewałem się niczego innego. W ogóle dobrze, że jest dość neutralny, bo prędzej bym się większej niechęci spodziewał :D ale może mu nie wypadało.
No, a ostatni rozdział, ten zapis obrad sejmu… ja może nic nie powiem, bo nie chcę nikogo obrażać ;) ale jeśli to zawsze tak wygląda, no to uprawiają tam jakąś sztukę dla sztuki… za pieniądze podatników…

No i jest jeszcze coś, co wyjątkowo zwróciło moją uwagę… a o czym aż tak szeroko nie napisałem na GoodReads i LubimyCzytać, bo nie chciałem aż tyle prywaty tam wciskać… no i też „zwróciło moją uwagę” to niezły eufemizm :D Raczej chciałem powiedzieć: coś, co mnie dosyć zbulwersowało. A chodzi o wywiad z matką, która prowadzi facebookową grupę wsparcia dla rodziców osób trans… na którą nie mają wstępu same osoby trans. Ok – ona to argumentuje niby sensownie (żeby np. osoba trans to negowała czy próbowała dementować* uczuć rodziców, żeby się nie dowiedziała o problemie, który ma rodzic np. finansowym, o którym nie powinna się dowiedzieć) ale mnie to nadal nie przekonuje. Bo jakby to powiedzieć… mogą rozmawiać tam o czymś i znikąd nie mieć weryfikacji. Ich dzieci nie mogą „dementować” ich uczuć, ale oni mogą „dementować” uczucia dzieci – bo tych dzieci tam nie ma i nie mają do tego dostępu :/ ). A ja uważam, że to może zmienić stosunek do całej sytuacji. Mogę np. myśleć o czymś, że jest to straszne i w ogóle sobie nie wyobrażam, a potem posłuchać osoby, która to przeżywa i jeśli ona mi powie, że to nie takie straszne, to już i ja inaczej spojrzę… albo odwrotnie. A bez weryfikacji… można zostać w swojej studni nadal. No nie wiem, to jakby mówienie o moim cierpieniu, ze względu na to że ktoś mi bliski cierpi, ale bez dopuszczenia do głosu w ogóle jego cierpienia… i jakkolwiek moje nie byłoby wielkie – czy tak naprawdę powinno być?

*”dementować” – tak, dokładnie tego słowa używa, ja je tylko cytuję…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Zabezpieczone: mieszkanie… [ukryta z czasem]

Treść jest chroniona hasłem. Aby ją zobaczyć, proszę wpisać hasło:

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Wpisz swoje hasło, aby zobaczyć komentarze.

Jak się nie stresować ;)

Pierwszego lutego (zapamiętałem datę, bo chyba warto zapamiętywać ważne daty… tylko że napisałem tą notkę chyba ze 2 lata temu, więc nie jestem pewien którego roku :D) doszedłem do wniosku który mną wstrząsnął (ale pozytywnie), mianowicie: może i nie osiągnąłem w życiu niczego co byłoby widoczne dla innych, czym mógłbym się w łatwy sposób pochwalić, czyli nic typu dobra praca, wykształcenie, rzeczy materialne, rodzina i dzieci… ale w porównaniu z innymi ludźmi, jak patrzę jak oni się zachowują, jak się stresują i przejmują rzeczami, co do których nawet bym nie pomyślał dziś, że można się stresować, to myślę sobie, że zwłaszcza patrząc z jakiego poziomu startowałem (z jakiego trudnego), jak się kiedyś sam stresowałem (w wieku szkolnym), to właśnie ja osiągnąłem więcej w wieku tych prawie czterdziestu lat, niż niektórzy przez dwa razy tyle i pewnie niż niektórzy kiedykolwiek osiągną – to jest coś co daje +100 do poczucia własnej wartości i na czym to poczucie można budować :)

Rozwijając trochę o co mi tu chodzi… tak, nauczyłem się jakoś ucinać negatywne myśli albo je w miarę szybko racjonalizować. Do tego potrzeba było trochę książek o pozytywnym myśleniu i więcej książek psychologicznych.
Nauczyłem się nie przejmować ludźmi, tym co myślą (np. o mnie), ale też nie brać sobie do serca tego, jak się zachowują, bo dziś wiem dużo lepiej z czego to wynika (i że to najczęściej nie ma ze mną nic wspólnego). Do tego potrzeba było dużo książek o ludzkiej psychologii (ale warto było). I tutaj nie tylko mam na myśli książki konkretnie psychologiczne, ale też np. o holokauście. Bo kiedy się czyta o trudnych czasach, to też widać często pewne schematy zachowań. I nie czytam takich książek tylko po to żeby dojść do „wniosku”: ” o jakie to straszne, z tej strony to były potwory, a z drugiej biedne ofiary”, ale dodając pomiędzy książki jak „Efekt Lucyfera” czy „Zrozumieć zagładę”, wiem z czego różne zachowania się biorą i że to pewne mechanizmy organizmu niekoniecznie łatwe do kontrolowania.

Boże, gdybym w wieku nastu lat miał tą wiedzę, którą mam dzisiaj… to wcale nie zmieniły by się moje przekonania, poczucie tego co jest słuszne, a co nie itp.., ale zmieniłby się mój stosunek do świata i sposób radzenia sobie ze stresem.

„Młodość byłaby lepszym czasem gdyby przyszła w życiu później.”
(Charlie Chaplin)

;)

Ale się fajnie pisze notki kiedy się siedzi na chorobowym i nic nie musi ;) Jeszcze taki luz na co dzień osiągnąć bym chciał na dziś :D

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Przemyślenia o świadomości (śmierci), życiu, pracy i takie różne ;)

O czym ja miałem napisać, a co zapowiedziałem w podsumowaniu 2023 roku i o czym miałem napisać w pierwsze notce zeszłego roku? ;) teraz nie jestem pewien, ale pewnie właśnie o tym, jakoś… i chcę o tym napisać, bo ta treść jest dla mnie zbyt ważna żeby mi gdzieś tam zniknęła na zawsze.

Zacznę od pracy. Po ostatniej ponownej lekturze „Transerfingu” i w ogóle… Mam też trochę inne podejście. No bo kiedyś powiedziałbym, że to mało rozsądne, tak po prostu rzucać pracę, że można tego przecież kiedyś żałować… Nawet jeśli ktoś twierdzi, że jak coś jest teraz dobre dla niego, to tym się kieruje, to jakoś niby to rozumiałem… ale jednak nie do końca ;) Tak teraz myślę, że rozumiem do końca. I mogę sobie to samo wyobrazić w stosunku do siebie, więc może dłużej potrzebowałem żeby to zrozumieć ale w końcu do mnie też trafiło :D Że trzeba robić, to co się czuje czy uważa za słuszne, nawet jeśli to jest tak „szalone” jak rzucenie pracy ;) Że na tym właśnie polega sterowanie swoim życiem. I że tak się urzeczywistnia korzystne warianty, właśnie tak, a nie robiąc coś tylko dlatego, że przyjęło się, że tak jest rozsądnie i co inni pomyślą ;)

Zaraz jeszcze wrócę do tego tematu, ale teraz wtrącę jeszcze jedno przemyślenie co do siebie. Mianowicie ja jeszcze sobie uświadomiłem, że to moje „bycie zawsze w porządku” to też nic innego niż zawyżanie własnej ważności :P To znaczy nie w takim sensie, że robię coś na pokaz czy żeby inni mnie za to podziwiali, nie, raczej żebym sam siebie za to podziwiał ;) (oczywiście to też nie było świadomie, dopiero to sobie uświadomiłem teraz). No i ok, to bardzo porządnie być człowiekiem, który zawsze dotrzymuje słowa i np. robi to, do czego się zobowiązał… (nawet choćby pośrednio) ale szczęśliwym to mnie nie czyni :P (chyba tylko mi się wydawało, że czyni, może czyni czasem ale nie zawsze). Bo co właściwie się stanie jeśli nie zrobię czegoś? Przecież to i tak zupełnie nieważne co inni o mnie myślą. Co to za różnica dla mnie osobiście czy będę w czyichś oczach tym porządnym czy nie? ;) Przecież z tym jest tak samo jak ze wszystkim – to nie ma znaczenia co inni o nas myślą, na jakikolwiek temat… A sam o sobie przecież mogę zawsze dobrze myśleć, nawet jak nie jestem „porządny” ;) No i to było jak olśnienie dla mnie ;) („Pozwól sobie na luksus posiadania wad i nieposiadania zalet.” – to z trzeciego tomu Transerfingu, wcześniej jakoś nie zwróciłem uwagi na ten cytat, a teraz tak :D i bardzo mi się podoba :D ).

Inne przemyślenia wiążą się z tematami około-śmierci. Przemyślenia o uniwersalnej i rozszerzonej świadomości… Ale chyba muszę tu przytoczyć kontekst. A jest nim lektura dwóch książek (z których wnioski przytoczyłem w poprzedniej notce): „Wieczna Świadomość. Naukowa wizja „Życia po życiu” ” (Pim van Lommel) i „Powrót do życia” – Jim B. Tucker.

Z perspektywy tej wizji uniwersalnej świadomości (a nie reinkarnacji pojedynczych dusz), nawet inaczej mi się czytało „Transerfing”! To znaczy jakoś teraz mi się wydaje, że właśnie taką wizję świata przedstawia, wcześniej tego chyba nie dostrzegłem, bo sam jej nie poznałem, więc nie wiedziałem co czytam ;)
Zacznę od tego, że kiedyś rozważałem, że może nie reinkarnujemy jako ta jedna dusza, tylko powiedzmy część energii (powiedzmy 6/10) trafia w jakiegoś człowieka Europejczyka, 2/10 energii trafia w jakiegoś głodującego w Indiach, 1/10 w jakieś zwierzę, a 1/10 w coś jeszcze innego i wtedy to wydawała mi się smutna wizja utraty „siebie”, integralności siebie czy świadomości siebie. Ale może jest jeszcze inaczej. Tzn. może i po śmierci nie jesteśmy tą jedną reinkarnującą duszą, która przypomina sobie ostatnie wcielenie oraz wszystkie swoje poprzednie wcielenia, może jesteśmy uniwersalną świadomością, która przypomina sobie wszystkie wcielenia wszystkich ludzi (i zwierząt i może nawet roślin, kamieni – wszystkiego). Czyli jak np. teraz myślę powiedzmy o jakimś drobnym wspomnieniu z przeszłości – no np. jak miałem 10 lat, to przewróciłem się na rowerze będąc latem w Niemczech, w taki sposób, że zdarłem sobie skórę z łokcia, w dziwny sposób, bo przewróciłem się na bok i jeszcze ta skóra tak „zawisła” na kawałku tylko ;) i teraz mogę takie w sumie mało ważne wspomnienie „mojego” wcielenia ze świadomości mojej przywołać, tak po śmierci będę mógł przywołać każde najdrobniejsze wspomnienie każdego człowieka, który kiedykolwiek żył na świecie tym i każdym innym i to będzie tak samo moje wspomnienie (np. jakieś takie specyficzne jak jakiegoś ubogiego człowieka z Indii, który np. pewnego dnia zarobił więcej i jego rodzina tego dnia się najadła, a jego córka znalazła gdzieś różową kredkę i na kawałku kartonu narysowała obrazek ale za to potem się przewróciła i załamała palec i trzeba było zorganizować pomoc medyczną co znów pozbawiło ich zaoszczędzonych tego dnia pieniędzy; albo wspomnienie jakiejś przeciętnej Amerykanki, która w wieku 28 lat kupiła sobie zieloną sukienkę na ślub koleżanki ale jeszcze zanim ją ubrała, poplamiła ją sokiem, bo położyła na blacie w swoim domu i niechcący przewróciła stojąca obok szklankę – no cokolwiek nawet tak szczegółowego i bez większego znaczenia :P ). Bo będę (jak i każdy będzie) tą jedną uniwersalną świadomością. Można też to nazwać, że z chwilą śmierci nic nie zniknie, a wręcz przeciwnie: świadomość się rozszerzy. Nic się nie straci, a tylko się bardzo dużo, niewyobrażalnie dużo zyska (nawet więcej niż gdyby się było tą jedną reinkarnującą duszą, która może doświadczać tylko wcieleń jednej duszy, bo uniwersalna świadomość doświadcza wszystkiego co kiedykolwiek zaistniało). Patrząc tak na to, to faktycznie nie ma co bać się śmierci, a nawet można na nią z radością czekać :P I chętnie oddam swoją indywidualność za świadomość wszystkiego :D Jednocześnie ta wizja wydaje mi się naprawdę spójna, sensowna i tłumacząca wszystko – zarówno jakieśtam katolickie wierzenia, że „jesteśmy jednością w Chrystusie” jak i regresje do poprzednich wcieleń: no bo ok, widzimy wcielenie, ale ponieważ jesteśmy jedną świadomością, która jest świadoma wszystkiego, możemy zobaczyć dowolne wcielenie, może akurat na regresji widzimy takie, które najbardziej z nami obecnie rezonuje lub jest nam potrzebne do zobaczenia w momencie tej regresji :) Np. w Transerfingu Zeland pisze, że się jest jak kropla w oceanie – czasem ta kropla jest odrębna, ale jest też oceanem.
A nawet może nie trzeba umierać, żeby się podłączyć do tej świadomości poza ciałem, z czwartego tomu Transerfingu taki fragment:
„Dzieci, wychowankowie Międzynarodowej Akademii Rozwoju Człowieka założonej przez (Wieczesława) Bronnikowa, demonstrują zdolności, które rzeczywiście nie mieszczą się w żadnych ramach. Potrafią widzieć z zamkniętymi oczyma tak samo jak z otwartymi, mogą zapamiętywać ogromne ilości informacji, posiadają dar jasnowidzenia, a oddalone obiekty są w stanie oglądać jak przez teleskop. Trudno w to uwierzyć, lecz fakt pozostaje faktem – widzą przez ścianę, jakby jej nie było. Jak im się to udaje?
(…)
Okazuje się, że mózg jest w stanie widzieć sam, bez pośrednictwa aparatu wzroku, przy czym sposób przyjmowania informacji jest nieznany. Jak to wszystko rozumieć? Bronnikow objaśnia dany fenomen obecnością związku między świadomością człowieka i tym, co on nazywa nadświadomością. „Nadświadomość – pisze on – to coś znajdującego się poza człowiekiem, pewne środowisko”.

– to tak samo jak „widzą” ludzie w „śmierci klinicznej” :) (tak jak to opisane w „Powrót do życia” – Jim B. Tucker – i to właśnie głównie po tej książce widzę te fragmenty Transerfingu odnoszące się do uniwersalnej świadomości). [Aczkolwiek trzeba też uczciwie przyznać, że może zdolności wychowanków Bronnikowa wiążą się z czymś innym, bo jak też trochę w internecie poczytałem, może to być wyczuwanie fal emitowanych przez przedmioty, kolory…].
Dalej, też z czwartego tomu:
„(…) zamiar wszystkiego, co żyje, tak czy inaczej sprowadza się do zarządzania rzeczywistością. (…)
Wszczepiwszy duszę jako część siebie w każdą z żywych istot, Bóg obdzielił je zdolnością kierowania rzeczywistością stosownie do świadomości. Świadomością w różnym stopniu dysponuje wszystko, co istnieje, począwszy od człowieka i kończąc na minerałach. Oczywiście, człowiek znajduje się na szczycie świadomości, lecz nie wynika z tego, że kamienie nie żyją swoim życiem – po prostu ich istnienie przebiega w innym wymiarze czasu. Wszystko, co istnieje w rzeczywistości, wnosi swój wkład w zarządzanie nią. Rzeki wytyczają drogę dla swojego łożyska, góry wyrastają pośrodku równin, pustynie i lasy, ląd i morze odbierają sobie nawzajem terytoria, wszystko to posiada cząstkę świadomości i na swój sposób dąży do kierowania swoją rzeczywistością. Im wyższy stopień świadomości, tym więcej możliwości zarządzania.”
– i kawałek dalej też fajnie wyjaśnia ewolucję ale nie będę cytować już tak dużo ;)
(A tak swoją drogą, to myślę że „Bóg” jest tutaj wspomniany tylko po to, żeby ludziom przyzwyczajonym do idei Boga łatwiej było zrozumieć te fragmenty ;) a tak naprawdę chodzi o tą uniwersalną świadomość).
Przy okazji chyba zrozumiałem co chcę robić w życiu jeśli nie pracować: rozwijać się. Czyli to co robię i co przychodzi mi łatwo – np. czytać książki, opisywać je, czytać te opisy po kilka razy… Ktoś mógłby powiedzieć, że to bez sensu, że trzeba robić coś, co przynosi jakiś użytek społeczeństwu (sam tak myślałem). Ale jeśli jesteśmy jednością, to przyniesie to użytek społeczeństwu :) (to tak jakby część osobowości pracowała nad sobą, jakaś inna może robić coś innego, np. pomagać innym itp.). Poza tym od zawsze przecież byli np. filozofowie czy jacyś pustelnicy, którzy niby żyli tylko dla siebie – raczej się oni nie zastanawiali jaki użytek przyniosą społeczeństwu ;) (a może niektórzy się i zastanawiali, ale i tak robili swoje ;) ). Chcę więc robić to, przed czym nie czuję oporu, do czego nie muszę się zaganiać i czego nie muszę mieć nawet na liście. Jasne, czasem mówię, że „muszę opisać książki, bo mam z tym zaległości”, ale kiedy to robię, to jest to zawsze coś, co daje satysfakcję, w trakcie albo potem. A np. teraz (tzn. pisałem dużą część tej treści 3.10.23 – wow, aż tak dawno…) piszę tą wiadomość od kilku godzin, choć miałem na liście inne rzeczy, ale w ogóle nie czuję straty czasu, czuję że tak powinno być, że teraz powinienem ją pisać :) i w sumie właśnie tak chcę spędzać swój czas – robić to co chcę, a nie to co „muszę”. Takie „pracowanie nad sobą” (o, nawet można to nazwać pracą! ;) ) eliminuje też problem tego czego nie lubię – wszystkich tych ludzi, którzy się nie przykładają i byle jak wykonują swoją pracę – bo ich tu nie ma, mogę „pracować” sam i tylko ja decyduję jak ta praca będzie wykonana, a będzie wykonana dobrze – tak jak lubię :) I w końcu: nie muszę też wtedy tłumić myśli w żadnym przypadku – skoro są, to są, widocznie mają być :) a brak konieczności pracy na etacie likwiduje jednocześnie konieczność chodzenia spać czy wstawania o jakichś konkretnych porach więc te myśli biegnące by mi nie przeszkadzały bo nic by się nie stało gdybym zasnął godzinę, dwie czy pięć godzin później (chociaż myślę, że wtedy szybko by mi się samo uregulowało najkorzystniej).

Na koniec tak jakby wierszyk, z jeszcze innej książki

„Ze wszystkich rzeczy pozostały te trzy:
pewność, że zawsze się zaczyna,
pewność, że trzeba kontynuować,
i pewność, że zostanie ci przerwane,
zanim skończysz.

Uczyń z tej przerwy nową drogę,
zamień upadek w taneczny krok,
strach w drabinę,
sen w most,
poszukiwanie w spotkanie.”

– Fernando Tavares Sabino (pdf.str.10, z książki: „Nieskończone życie”, Joaquín Cámara)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

„Wieczna Świadomość. Naukowa wizja „Życia po życiu” – Pim van Lommel i „Powrót do życia” – Jim B. Tucker

Dwie książki są mi potrzebne do kontekstu kolejnej notki, a poza tym to bardzo dobre książki i chyba chcę tu je mieć, więc przytaczam moje opisy z GoodReads.

„Wieczna Świadomość. Naukowa wizja „Życia po życiu” – Pim van Lommel

Książka składa się z jakby trzech części – w pierwszej jest medycyna i badania nad doświadczeniem śmierci klinicznej z naukowego punktu widzenia, w drugiej fizyka (klasyczna i kwantowa), a w trzeciej spojrzenie na życie pozagrobowe z perspektywy różnych kultur.
Bardzo interesująca książka, takiej chyba potrzebowałem ;) Nie ocenia i nie stawia „diagnozy” ale wskazuje na prawdopodobne i mniej prawdopodobne możliwości – np. autor stwierdza że czynniki medyczne nie mogą wytłumaczyć tego zjawiska – przedstawia główne wątpliwości i tłumaczy dlaczego nie pasują jako wyjaśnienie doświadczenia śmierci klinicznej. W tym takie jakie i ja miałem: że może te doświadczenia dzieją się w mózgu na chwilę po utracie przytomności albo na chwilę przed jej odzyskaniem? – nie, bo to nie tłumaczy skąd ludzie wiedzą o rzeczach, które wydarzyły się w środku tego czasu. To może mózg jednak jakoś pracuje nadal po zatrzymaniu akcji serca? – nie: „doświadczenie zdarza się w sytuacjach, kiedy nie zmierzono żadnej aktywności mózgu.” Ja właściwie tylko takie wątpliwości miałem, bo gdyby to miały być sny czy halucynacje no to do tego też potrzebna jest aktywność mózgu, więc dla mnie nie tyle ważne jest co to jest ale kiedy się wydarza.

Autor skłania się ku opinii, że świadomość jest nielokalna i nie jest produktem funkcji mózgu. Co jest jeszcze ciekawe, i o czym nie wiedziałem, to że nawet proces myślenia nie został zbadany z całą pewnością i to jak zachodzi (np. jak to jest możliwe, że pamięć pozostaje mimo tego, że komórki nieustannie giną i są zastępowane nowymi – są teorie, jasne, ale nic udowodnionego). A co to oznacza? Że być może jesteśmy odbiornikami uniwersalnej świadomości, a nie wytwórcami.
Autor porównuje świadomość do internetu – przeglądamy go na różnych urządzeniach ale on nie znika gdy wyłączamy komputer ;) Mnie nasunęło się skojarzenie z radiem – kanał radiowy dociera do różnych odbiorników, te wyłączone po prostu go nie odbierają ale on nadal istnieje. Choć porównanie z internetem jest chyba lepsze – kanał radiowy dociera wszędzie taki sam, a internet jednak przegląda każdy komputer na swój sposób ;)
Przy okazji rozwiązuje to też (ale to już wyłącznie mój wniosek i moje przemyślenia) kwestię zwierząt i ich świadomości (czy też czegoś na kształt świadomości) – są różne urządzenia, nie na każdym internet można przeglądać tak samo, na niektórych może być bardziej okrojony ale nadal jest w jakimś stopniu odbierany ;)
W ogóle różne ciekawe spostrzeżenia się nasuwają, bo jeśli ta świadomość jest tylko jedna i po śmierci „wracamy” do niej – wszyscy… i nagle mam być tym samym (tą jedną świadomością) co jakiś terrorysta samobójca albo czasem trafiam na kogoś i zastanawiam się jak w ogóle można tak myśleć jak on? :D no cóż… może odbieramy inne aspekty tej świadomości. Bardzo inne ;)

A cytując autora:
„Nie wykluczam możliwości reinkarnacji jednego lub więcej aspektów nielokalnej świadomości, a w konsekwencji wspomnień z wcześniejszych wcieleń. Jestem powściągliwy w konkluzji, że ktoś, wraz z całą jego osobowością połączoną z daną jednostką, z danym ego, odradza się w innym ciele. Jednak stopniowo nabrałem przekonania, że wspomnienia z innego życia są możliwe.”

– kiedy ludzie widzą/pamiętają swoje poprzednie wcielenia – to może wcale nie swoje, może znów odbierają jakiś wycinek tej uniwersalnej świadomości?

„Nasze spojrzenie na śmierć zmieni się całkowicie, jeśli dojdziemy do nieuchronnej konkluzji, że nielokalna świadomość może istnieć po śmierci fizycznej w innym wymiarze, w niewidzialnej, niematerialnej przestrzeni, w której zawarta jest przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Świadomość nie ogranicza się więc do mózgu, bo świadomość jest nielokalna, a nasz mózg ma funkcję ułatwiającą odbieranie świadomości, a nie wytwarzającą świadomość. Można mówić o podstawie biologicznej naszej aktywnej świadomości, bo ciało funkcjonuje jak interfejs. Nie istnieje jednak biologiczna baza nieskończonej, nielokalnej świadomości, która ma swoją podstawę w przestrzeni nielokalnej. Aktywna świadomość może być doświadczana przez ciało, ale wieczna świadomość nie jest umiejscowiona w naszym mózgu.”

Autor tej książki ma również pewne wątpliwości co do transplantacji narządów (aczkolwiek on przynajmniej je naukowo wyjaśnia), aale ja i tak uważam że cóż: najwyżej wcześniej umrę niż bym musiał jeśli dojdzie do pomyłki, z punktu widzenia globalnego to chyba nie aż taki problem ;)

(czytana/słuchana: 23-26.10.2022)
5/5 (9/10)

„Powrót do życia” – Jim B. Tucker

„Innym razem Patrick zareagował entuzjastycznie gdy zobaczył zdjęcie Kevina. Nigdy wcześniej go nie widział, ponieważ Lisa nie trzymała jego zdjęć w domu. Trzęsły mu się ręce i powiedział: To moje zdjęcie, szukałem go.”
(Rozdział 1)

A tak sobie tym razem postanowiłem zacząć od cytatu ;)
Książkę przesłuchałem w formie pliku mp3 ściągniętego z YouTube’a – jeśli ktoś chce, to nadal jest dostępny. Wprawdzie czyta automat… który brzmi o wiele gorzej niż „mój” Text-to-speech z eReadera Prestigio… ale dało się słuchać przez VLC Player na lekkim przyspieszeniu (i naprawdę polecam przyspieszyć nawet jak ktoś lubi słuchać wolniej – taki automat brzmi po prostu lepiej i trochę naturalniej).
Książka mi się podobała i podoba mi się też nastawienie autora: taki punkt widzenia jednak dosyć naukowy i racjonalny, odnoszący się do fizyki i mechaniki kwantowej (https://racjonalista.tv/mechanika-kwantowa-w-pigulce/ – dobry link, warto zerknąć dla punktu odniesienia). Główna część książki (większość rozdziałów) nie jest może jakaś „wow”, zwłaszcza że niektóre historie tych dzieci znałem (np. chłopiec ze wspomnieniami pilota z czasów IIWŚ),ale końcówka – ostatnie dwa rozdziały – są świetne! Autor pisze tam o naturze rzeczywistości, fizyce kwantowej, pisze w jaki sposób pamięć poprzednich wcieleń może być zgodna z obecną wiedzą naukową itp. I dochodzi do podobnych wniosków jak Pim van Lommel w książce „Wieczna świadomość”. Nie, naprawdę – ostatnie dwa rozdziały, to najlepsze co przeczytałem od dawna! A może w ogóle nigdy nic lepszego nie przeczytałem ;) nawet jeśli to tylko rozważania i hipotezy, to są fascynujące!

Poza „klasycznymi” historiami ciekawa jest też historia chłopca, którzy pamiętał wcielenie wujka, który umarł dopiero po jego narodzeniu – jakby dusza wujka „wypchnęła” duszę z którą chłopiec się urodził – to znaczy taka jest hipoteza (ja bym się już bardziej skłaniał do tego, że dusza może wcielać się na raz w dwie lub więcej osób – jak była mowa w regresjach w książkach Michaela Newtona, albo że ta uniwersalna świadomość została w taki, a nie inny sposób odebrana przez chłopca). Podobnie ciekawa jest historia kobiety (rozdział 2), której zmieniła się osobowość (w tym język), wprawdzie potem wróciła jej stara, ale od czasu do czasu „włączała” się ta inna – może to też zakłócenia w odbiorze świadomości? (w końcu czemu by nie miało być w tym zakłóceń jeśli faktycznie hipoteza uniwersalnej świadomości jest prawdziwa).

A teraz będzie dużo cytowania ale muszę, po prostu muszę sobie te cytaty zanotować ;)

„Te przypadki są nadzwyczajne, nawet jak na nasze standardy. Przedstawiam je tu aby podkreślić, że choć zwykle widzimy bezpośredni związek między mózgiem a umysłem, możliwe że nie zawsze jest to prawdą. Podstawowym założeniem neuronauki jest to, że mózg tworzy umysł lub świadomość, której doświadczamy. Jak więc świadomość, początkowo powiązana z mózgiem, który od dawna nie żyje, może przejąć ciało żyjącej osoby? Alternatywnym wyjaśnieniem może być to, że świadomość przechodzi przez mózg ale istnieje poza nim, może więc stanowić byt niezależny od mózgu, zwykle połączony z nim ściśle podczas trwania życia ale i tak osobny. Przypadki, w których mózg zdaje się mieścić w sobie dwie świadomości, które rozwinęły się niezależnie, są o wiele bardziej spójne z tą alternatywną teorią niż najnowszą koncepcją, zgodnie z którą umysł jest kreacją mózgu i na tym koniec. Normalne dla mózgu jest to, że w cyklu życia gości tylko jeden umysł, to pewne. Rzadkość odmiennych przypadków nie umniejsza jednak ich potencjalnej ważności. Jak powiedział William James: „Jeśli chcesz podważyć prawo, że wszystkie wrony są czarne, nie będziesz przecież udowadniał, że wszystkie nie są. Wystarczy, że znajdziesz jedną białą wronę.”
Przypadki, w których świadomość osoby zmarłej zdaje się przejmować ciało osoby żyjącej podważają wiarę w to, że świadomość jest kreacją jednego umysłu, który jest w pełni odpowiedzialny za jej wytworzenie.”

(Rozdział 2, 1:06:17)

„To umacnia mój pogląd, że istnieje świadomość, która trwa niezależnie od świata materialnego. Wierzę teraz, że materia wyrasta z umysłu, to znaczy że świat fizyczny powstaje z czegoś, co możemy nazwać umysłem, świadomością lub duchowością. Zatem nasze przypadki a także prawdopodobieństwo, że dzieci pamiętają poprzednie życia, są zgodne z nowym rozumieniem egzystencji.”
(Rozdział 8, 5:53:30)

„Świadomość nie jest tylko przypadkowym produktem ubocznym ewolucji. Logicznym wnioskiem z różnych odkryć w fizyce jest to, że właśnie ona, świadomość, tworzy wszechświat. Jej proces twórczy trwa i dzieje się w każdym momencie. Jak powiedział Max Plank, twórca teorii kwantowej: Postrzegam świadomość jako podstawę. Uważam materię za pochodną świadomości. Przekraczanie granic świadomości jest poza naszym zasięgiem.”
(Rozdział 8, 5:59:26)

„Obserwatorzy musieli się gdzieś pojawić aby świat mógł zaistnieć. Ta koncepcja wyjaśnia dlaczego wszechświat wydaje się tak dobrze dostosowany do życia. (…) Nasz wszechświat był tylko w stanie nieograniczonej potencji do momentu, aż obserwacja spowodowała, że przeszłość zaczęła istnieć i dlatego musiała być tą, która w końcu doprowadziła do istnienia obserwatorów.”
(Rozdział 8, 6:39:00)

– i dalej (niejako wyjaśnienie):

„Odkrycia wskazują, nie tylko według mnie ale także według wielu fizyków, na podstawową rolę świadomości. System kwantowy, aby działać, musi być obserwowany. Moja odpowiedź jest taka, że świadomość funkcjonuje poza systemem kwantowym, współdziała z wszechświatem fizycznym ale istnieje poza nim rejestrując i tworząc wszechświat. Świadomość nie istnieje dlatego, że istnieje świat fizyczny. To świat fizyczny istnieje dlatego, że istnieje świadomość.”
(Rozdział 8, 6:50:08)

I o snach:

„Obraz jaki wyłania się z fizyki kwantowej, to świat w którym do zdarzeń nie dochodzi, dopóki nie zaobserwują ich świadome istoty. Można to zrozumieć jeżeli zdamy sobie sprawę, że przypomina to inny świat, który znamy bardzo dobrze i jest to świat naszych snów. Ludzie pojawiają się w naszych snach tylko wtedy, gdy wchodzimy z nimi w interakcje. Powstają w momencie, gdy zaczynamy ich obserwować. Innymi słowy różni ludzie znani nam z prawdziwego życia istnieją jako możliwe postacie z tyłu głowy, mogłyby pojawić się w naszych snach i potencjalnie zawsze jest taka możliwość. I chociaż nie jesteśmy świadomi tego podobieństwa doświadczając naszego życia, fizyka kwantowa pokazała, że świat fizyczny działa w ten sam sposób. Nie ma żadnej różnicy. W snach zdarzają się największe nonsensy, w niektórych możemy nagle fruwać, ale w świecie fizycznym nie będzie to możliwe. Bez wątpienia możliwości w świecie fizycznym są bardziej ograniczone. Zdarzenia, które zaczynają się od obserwacji, stają się czymś stałym, czego inni obserwatorzy nie mogą zmienić, mimo to cały proces jest bardzo podobny. Możliwości istnieją i jedna z nich staje się faktem gdy ją obserwujemy. Analogia do snów jest tak dokładne, że można postrzegać świat nie jako ogromną mechanistyczną machinę Izaaka Newtona, ale jako sen, który śni się wszystkim obserwatorom. Jego fragmenty stają się rzeczywistością, gdy jedna ze śniących osób ich doświadcza. To, czego nikt nie obserwuje, równie dobrze może nie istnieć. Aby zdać sobie sprawę z tego, że wszechświat na swoim najbardziej podstawowym poziomie wymaga świadomości żeby zaistnieć, należy zmienić swoje rozumienie świata.”
(Rozdział 8, 6:50:52)

„Jeśli wszechświat fizyczny powstaje ze świadomości nie ma powodu myśleć, że świadomość konkretnej osoby kończy się w momencie fizycznej śmierci mózgu. Może ona przeżyć śmierć i powrócić w przyszłości jako nowa osoba.”
(Rozdział 8, 6:56:12)

„Jeśli model wspólnego snu jest prawidłowy, to można się spodziewać więcej niż jednego życia po życiu. Każdy rozpoczyna kolejny sen w momencie śmierci, a natura snu nie musi być taka sama u wszystkich.”
(Rozdział 9, 6:57:05)

„(…) nie ma dowodu na to, że każdy odradza się i powraca do tego świata jako nowa osoba. Nie widzę powodu, dla którego nie miałyby istnieć inne światy tworzone przez podświadomość, inne wspólne sny oprócz świata, który znamy. Skoro zwykle nie wracamy każdej nocy do tego samego snu, ta prawidłowość może dotyczyć także naszego życia. Choć niektórzy czasami wracają do tego wspólnego snu, być może częściej zdarza się po śmierci uczestnictwo w innych wspólnych snach. Jakie mogą być inne światy tworzone przez świadomość? Podejrzewam, że zależy to od doświadczeń jakie mieliśmy w tym życiu. Nasze nocne sny z pewnością zależą od tego, co się wydarzyło w ciągu dnia, zdarzenia te mogą się przejawiać w nocnych snach. Jeśli oglądasz horror, możesz potem mieć koszmary senne. Twoje doświadczenia mają znaczenie, mają wpływ na treść twoich snów. Podobnie twoje doświadczenia życiowe mogą wpływać na światy jakie tworzy świadomość i jakie pojawiają się po twojej śmierci. Wielu chrześcijan twierdzi, że ludzkie działania i wierzenia decydują o tym czy dusza pójdzie do nieba czy do piekła. Ale jeśli to prawda, że życie jest jak wspólny sen, to możliwe że nie istnieje tylko jedno niebo czy jedno piekło. Być może istnieje nieskończona ilość wspólnych snów, niektóre niebiańskie, inne piekielne, a niektóre takie jak nasz świat – czasem niebiańskie, czasem piekielne, a najczęściej coś pomiędzy nimi. Zauważam, że w modelu który proponuję, religie mają rację, decyzje i działania, które podejmujemy w tym życiu, pomagają ustalić jaka będzie nasza dalsza egzystencja. (…)”
(Rozdział 9, 7:13:50)

„Sądzę, że wszystkie światy, w których coś się dzieje, muszą składać się z czasu i przestrzeni, ale nie jestem pewien czy następują jeden po drugim. Wydaje się, że w niektórych przypadkach tak właśnie jest, np. gdy ludzie opowiadają o innych królestwach opisując doświadczenia NDE. Podejrzewam jednak, że ten proces jest złożony. Np. być może ludzie mogą żyć nie tylko w jednym śnie. Może pewnego dnia, gdy umrzesz, zobaczysz swoją nieżyjącą babcię, a w tym samym czasie odrodzi się ona w innym życiu. Wydarzenia nie muszą pojawiać się linearnie w sposób, który znamy. Inne przykłady, w których wydaje się, że jeden sen następuje po drugim, to takie, gdy dzieci mówią, że obserwowały z nieba zdarzenia z życia swoich rodziców, jak w przypadku Jamesa Leiningera pamiętającego podróż swoich rodziców na Hawaje lub Ryana opisującego reakcje własnej matki, gdy podczas badania USG dowiedziała się, że będzie miała małego chłopca. Te przypadki trochę trudniej wyjaśnić modelem snu. Sugerują one, że ludzie mogą czasami mieć zdolność obserwowania światów lub snów i jednocześnie doświadczać innych snów. Przypomina to sytuację, w której osoby z innego świata, innego snu, komunikują się z osobami w naszym świecie-śnie. Czasami wydaje się, że niektórzy są w stanie przekraczać granicę własnej świadomości. Nie twierdzę, że w pełni rozumiem jak tego dokonują, ale taka zdolność może świadczyć o tym, że świadomość i rzeczywistość przez nią stworzona jest bardziej płynna i połączona, niż możemy przypuszczać.”
(Rozdział 9, 7:22:19)

– to też jak w książkach M. Newtona ;) widzę tu analogię, ale może to po prostu inna interpretacja tego samego zjawiska :)

„Wracając do modelu snu, w moich snach nocnych występuję w swojej postaci ale czasami mogę być kimś innym. Będąc postacią w moim śnie jako człowiek śpiący istnieję niezależnie od mojego snu. Na tej samej zasadzie możemy być kimś więcej, kimś kto ma świadomość każdego ze snów poszczególnych żyć i tworzy kolejne sny, czyli inne życia lub światy.”
(Rozdział 9, 7:24:26)

(czytana/słuchana: 19-20.01.2023)
5/5 [10/10]

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

Mapa Marzeń 2025

Wczoraj był nów w znaku Barana. To zawsze szczególny astrologicznie/ezoterycznie moment, a do tego jeszcze było częściowe zaćmienie Słońca.
W nowiu w znaku Barana robi się tzw. Mapę Marzeń, robiłem takową przez wiele lat, choć przez ostatnie kilka już nie. Pomyślałem, że można by zrobić nową. Usiadłem wczoraj przed pusta kartką (bo wyklejać mi się nie chce ;) robić elektronicznej też nie bardzo), zapisałem trzy rzeczy i tyle. Trzy marzenia mam na chwilę obecną: wolność (brak konieczności pracy), bezpieczeństwo materialne (pieniądze), wygrać Kię Picanto w loterii miejskiej. I tyle. Tylko tyle, przy czym mając dość kasy, trzecie życzenie można zrealizować też inaczej, więc właściwie jakby tylko dwa życzenia. To dość duża zmiana w stosunku do czasu sprzed kilkunastu lat, kiedy robiłem zeszyty bo mi się mapa na jednej stronie nie mieściła :D Dzisiaj wiele marzeń się zrealizowało, inne zdezaktualizowały, ale biorąc pod uwagę że dziś za nimi nie tęsknię, to może dobrze i chyba Wszechświat rzeczywiście lepiej wiedział, że ich nie zrealizował ;)
Albo jest to znak, że jestem dość szczęśliwym człowiekiem, albo to pierwsze życzenie przesłania mi wszystko inne :D

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

Podsumowanie 2024

To chyba będzie jeszcze krótsze podsumowanie :D ale być musi, to taka już tradycja, a poza tym dobrze mi robi.

Przeczytałem/przesłuchałem 146 książek/ebooków/audiobooków, w tym roku odżyło moje zamiłowanie do czytania i faktycznie więcej książek (także papierowych, także w czasie wolnym) poczytałem :) No ale latem się zawziąłem i zacząłem (tanio) kupować książki, które od dawna wiszą na liście „chcę przeczytać”, żeby w końcu stamtąd kiedyś zniknęły ;) Teraz kupiłem drugą porcję.

Dla WOŚP w 32 finale zarobiłem co najmniej 1931zł (80 przesyłek wysłanych, znaczy tylko moich, bo tak ogólnie to więcej ;) ale efektywność w stosunku do 31 finału spadła – wtedy było więcej kasy i mniej przesyłek :P ).

Podróżniczo był to chyba bardzo udany rok i faktycznie plany z zeszłego roku zrealizowałem, nawet bardziej niż planowałem ;) Na przyszły rok planuję na wiosenno-wczesnoletni urlop jakiś rejon szwajcarsko-niemiecko-francuski, a około listopada Włochy (Neapol, Rzym, może Genua i/lub Mediolan…), choć wiadomo – to się zawsze może zmienić. Zwłaszcza, że powoli mam też bardzo silną potrzebę wyciszania się w domu…

Co do bloga, to zmieniłem tylko hosting na tańszy – bo jeśli nie widać różnicy, to po co przepłacać :D Przeniesienie na wordpressa na wordpressowym serwerze sobie odpuszczę, bo mi się nie podoba, przeniesienie na blogspota chyba też, bo za skomplikowane, a poza tym też nie jestem pewien czy by mi się spodobało ;) Myślę, że te 50zł za hosting + 20zł za domenę na rok, to mogę jeszcze poświęcić…

Tyle z kwestii technicznych, z innych rzeczy zauważyłem, że to był pierwszy rok, w którym nie napisałem żadnej innej notki poza podróżniczymi itp. relacjami… tak jakoś wyszło. Ale notki, o których wspominałem wcześniej, a które do dzisiaj się nie pojawiły, są w większości naprawdę prawie napisane i kiedyś w końcu się pojawią ;) już nie mówię, że to będzie teraz-zaraz, ale będzie. To właściwie jest pierwsza notka w tym roku nie będąca relacją… i którą piszę od razu przed dodaniem i nie będę z tym zwlekać. I w której jeszcze bardzo chcę napisać… ach, w ogóle tak dużo chciałbym napisać! ale może jednak nie tu i nie dzisiaj. Dzisiaj chciałbym tylko napisać o dwóch wnioskach z ostatnich dni: po pierwsze, że ostatni rok minął mi tak szybko, jakby wcale go nie było. Dosłownie, w wigilię 2023 pisałem pewnego maila, a w wigilię 2024 miałem wrażenie jakby od tego czasu nic się nie zmieniło, jakby wciąż był ten sam dzień! (nawet nie kolejny). Z drugiej strony czuję, że ja się zmieniam. Trudno mi tu znaleźć właściwe słowo… ale mam wrażenie, że co raz lepiej rozumiem życie – tak bym to ujął, choć może dziwnie to brzmi ;) zwłaszcza, że wcale nie mam tu na myśli wiedzy jak powinien żyć dorosły, odpowiedzialny i twardo stąpający po ziemi człowiek, tylko wręcz przeciwnie :D np. to że wcale nie muszę żyć jak dorosły, odpowiedzialny człowiek i nikomu nic do tego. Ja wiem, że to z jednej strony wcale nie jest nowość, „bądź sobą” powtarzają wszyscy od ponad 20 lat, ale właśnie o to chodzi że z roku na rok zaczynam je co raz lepiej rozumieć. I to nawet nie chodzi o to, że kiedyś był to pusty frazes czy mechanicznie powtarzana formułka, tylko że właśnie zrozumienie tego faktu postępuje. I tak naprawdę, to życie dzięki temu zaczyna mi się podobać co raz bardziej! Powiedziałbym nawet, że to jest niewątpliwa zaleta starzenia się, tak myślę :) I jestem pewien, że może być jeszcze lepiej! :) Może to właśnie jest ta „mądrość życiowa”, którą przypisuje się starym ludziom? Mówię teraz jakbym był stary? ;) Nie, wcale nie, bo jak wyżej: jestem pewien, że jeszcze wiele zrozumienia przede mną! po prostu dobrze mi z tym, że to się dzieje :)
Hmm, a jednak to chyba nie było najkrótsze podsumowanie ;) ale dobrze jest napisać tu coś, tak na żywca, jak kiedyś ;) Szczęśliwego Nowego Roku!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Jarmarki świąteczne 2024 (Hamburg i Brunszwik)

Mijający rok obfitował w podróże (no tak mi się wydaje ;) ), ale o tym wspomnę sobie w podsumowaniu, a na razie opiszę sobie króciutko dwa odwiedzone jarmarki świąteczne w grudniu. Ogólnie marzy mi się żeby zobaczyć ich jeszcze kilka, zwłaszcza tych szczególnie malowniczych w południowych Niemczech, nawet gdzieś mi tam plany takie świtały żeby pojechać na kilka dni na południe, ale w końcu nie dostałem tyle urlopu, a poza tym i tak się rozchorowałem. Ale zanim to nastąpiło odwiedziłem pierwszy Weihnachtsmarkt:

Hamburg (7.12) – Długo się zastanawiałem czy Flixbusem czy samochodem. Flixbus byłby fajną opcją gdyby był powrót o sensownej porze, niestety powrót był albo za szybko albo za późno… Przez chwilę jeszcze rozważałem powrót pociągiem, koszty wychodziły porównywalnie co jazda samochodem, ale w końcu uznałem że mi się nie chce targać na dworzec, i z dworca, i co tam jeszcze… Pojechałem samochodem. Wybrałem parking P+R dość daleko od centrum, ale z „mojej” strony, dzięki temu droga była nieco wygodniejsza, krótsza, parking pewnie mniej zatłoczony niż te bliższe centrum, a ogólnie wyszło dość wygodnie (właściwie był to Parkhaus na Hörstener Straße), piszę „dość”, bo nawet tam jadąc zaczęło się korkować, a to przecież jeszcze ogromny kawał od centrum… Koszt: 2€ za cały dzień + bilet na komunikację miejską – 7,50€ (trzeba kupić, taki jest wymóg, no ale i tak bym się ni jak inaczej do centrum nie dostał). Jarmarków jest tam niby kilka, ale jak dla mnie to jest jeden w kilku miejscach centrum ;) Ładne oświetlenie, ładnie, ładnie, czy ładniej niż u mnie to nie wiem ale pewne różnice są (mniej powtórzonych budek, za to ani jednego straganu z preclami, ani jednego!). Na 17:00 załapałem się na mały pochód. Ogólnie to było tyle ludzi, że jak szedłem przez ten tłum, to pomyślałem sobie co ja w ogóle tu robię i co to za głupi pomysł żeby w soboty zwiedzać takie miejsca, że to przecież żadna przyjemność, jest chyba gorzej niż w moim mieście. I kiedy tak idziesz z prędkością pół kroku na minutę w tłumie takim, że ręki nie ma gdzie wyprostować, to budzi się w człowieku niemal żądza mordu ;) No nic, około 19:00 podjechałem metrem do dzielnicy St. Pauli czyli słynnej dzielnicy czerwonych latarni, na drugi, nieco bardziej pikantny jarmark świąteczny ;) Ten Weihnachtsmarkt rzeczywiście jest osobny i reklamują się jako „geilster Weihnachtsmarkt” co można/trzeba tak dwuznacznie rozumieć :D Budki tam mają śmieszne (i też często pikantne) grafiki nad daszkami, asortyment poza typowym jest taki jak świece z wosku pszczelego w kształcie genitaliów i biustów :D jakieś wypieki-genitalia, że o pierniczkach-peniskach nie wspomnę ;) Ogólnie jednak polecam to miejsce, bo to jest rzeczywiście coś oryginalnego! A nie jarmark świąteczny jakich setki w całym kraju ;) Potem miał być jeszcze striptiz na scenie, damski i męski, miałem nawet zostać (a raczej jeszcze raz wrócić, bo czasu było dużooo), aale potem stwierdziłem, że co ja striptizu w necie nie widziałem? :D po prostu jest chłodno i już mi się nie chce ;) i wolałem odjechać do domu. Miałem równe 100km, podróż była nawet spoko i cud nad cudami: znalazłem miejsce parkingowe o tej porze w nocy na mojej ulicy! :D

Hamburg

Potem, jak już wspominałem, rozchorowałem się, także drugi wypad stanął pod znakiem zapytania… ale ponieważ to i tak było po drodze do PL, a ja poczułem się jednak już lepiej…

Brunszwik (18.12) – plan mój finalnie zrealizowałem. Tutaj można było stanąć niemal w samym centrum, wybrałem Parkhaus na Wilhelmstraße 98, a stąd to już tylko kilka kroków. Parking kosztuje 1,20€ za godzinę (to wg strony, wg mnie 1,30€ :P ). Jeszcze się trochę zastanawiałem czy w ogóle jest sens i czy w ogóle zdążę, bo było dość późno, ale zdecydowałem się pojechać. Zdążyłem, obejść nawet wszystko, zjeść mój ulubiony festynowy słodycz (ciasto jak trdelnik), oraz kupić sobie precla na dalszą drogę – jednak drogo tam mieli chyba bardziej niż w Hamburgu nawet, precel 5,50€ a mały jak rzadko :/ nic więcej więc nie kupowałem (ach no jeszcze tarkę ceramiczną, bo już ją w Hamburgu obejrzałem, namyśliłem się i stwierdziłem że chcę i w dodatku handlarz tam prawdę mówił, że w necie są one za 14,90, a na straganach na jarmarkach 10€). Tam było no może odrobinę mniej ludzi (ale też było to w tygodniu, nie w weekend), oraz muszę przyznać, że bardzo malowniczo ten jarmark wygląda pod zamkiem i ratuszem :) W ogóle miasto wygląda malowniczo i muszę zahaczyć o nie kiedyś latem. Zwłaszcza, że finalnie okazało się, że nadrobiłem tylko 7km drogi, a to przecież jest zupełnie nic jak za zobaczenie czegoś ciekawego :)

Brunszwik

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Barcelona: 1-9.11

1.11 – piątek
Ponieważ 31.10 jest w Niemczech święto, miałem sporo czasu by przygotować się do drogi, gdyż najlepsze połączenie było… o 2:55 w nocy. No to zerknąłem już dawno, o fajnie, o 2:10 jedzie autobus, pasuje akurat. Ale przed wyjazdem coś mnie tknęło żeby jednak jeszcze raz zobaczyć… i się okazało, że nie, to w weekend, w tygodniu ostatni i to tramwaj o 1:10… no niby godzinę jeszcze miałem, zdążyłbym na ten tramwaj jak się uprzeć ale nie bardzo mi to pasowało, ani to że tak szybko ani to że będę tam 1,5 godziny czekał gdzieś na dworcu… Więc pomyślałem, że czemu by nie wziąć raz taksówki :P Nocleg tanio się udało kupić, taksówkę mi tu kalkulator pokazuje za 14,50-16,50€, to można przeżyć i nie będę musiał gdzieś po nocy się telepać (tak po prawdzie, to i rowerem i na pieszo dałbym radę się na dworzec dostać, ale rowerem trochę mniej wygodnie z dwoma torbami ;) no i tydzień na dworcu rower by musiał stać, a to też różnie może być, a na pieszo… no jest środek nocy jednak… ;) ). Taksówkę zamówiłem online, była planowo i jeszcze kosztowała tylko 13,50 ;) Flixbus jak zwykle się spóźnił, niby tylko 20 minut ale na dworze, w nocy, wieje… Jednak droga do Amsterdamu (pierwszej przesiadki) przebiegła dobrze i wygodnie, nikt się nie dosiadł, mogłem spać na 2 fotelach. W Amsterdamie na Sloterdijk tym razem znalazłem dworzec! :D znaczy budynek dworca kolejowego… na którym nie ma ANI JEDNEGO miejsca do siedzenia, ani jednej ławki, nic… a prawie 4h między przesiadkami, na przemian siedziałem na gzymsie i chodziłem (bo niewygodnie no i nie za ciepło, choć cieplej niż na dworze oczywiście), wystawiłem im słabą ocenę na Google Maps ale „Oczekuje”, to nie wiem czy się w ogóle pojawi… Tak w ogóle to powiem tak: dla mnie naprawdę nie stanowi większego problemu długa, ponad dobowa podróż. Siedzę sobie i albo śpię, albo film na kompie oglądam, albo czytam czy coś tam, to nawet jest jakiś specyficzny odpoczynek, który chyba dobrze mi robi na głowę ;) podróż, to nie jest żaden problem. Problemem są te przesiadki kiedy jest zimno i się marznie, tylko to :/ No ale to bywa dość znaczący problem…
Droga do Paryża (druga przesiadka) również przebiegła w porządku, też nikt się nie dosiadł. W Paryżu było już trochę lepiej (w sensie nie dworzec, Paryż-Bercy to dosyć obskurne miejsce, zwłaszcza późnym wieczorem), no ale przynajmniej, w jakimś ludzkim zasięgu był np. McDonald’s, to poszedłem zjeść, prawie 3h czasu na przesiadkę to dość by zdążyć, a się nie nudzić. Przez chwilę rozważałem nawet podjechać pod wieżę Eiffla, ale to by już jednak mogło być za mało czasu jak coś niespodziewanego wypadnie po drodze, poza tym… za rok mija 10 lat od mojej wycieczki do Paryża i jednocześnie pierwszej takiej samodzielnej wyprawy, może to dobry czas by go sobie przypomnieć i pojechać na jakiś długi weekend, ale tak 2-3 dni, więcej nie… Mam trochę sentyment ;) Ostatni etap podróży czyli Paryż-Barcelona odbył się w ogóle bez przystanków, nieźle! Wprawdzie usiadła koło mnie babka, ale jak ruszyliśmy i zobaczyłem że przed nami 2 rzędy wolne, a brak przystanków, więc nie będą już zajęte, to się przesiadłem i znowu była wygodna droga ;)

2.11 – sobota
Flixbus zajechał z 2 godzinnym wyprzedzeniem, niezłą sobie robią rezerwę. Niby fajnie ale dla mnie to była niekoniecznie zaleta, bo mi się nie chciało gdzieś targać z walizką, więc powoooli szedłem do hotelu i przysiadałem w trakcie ;) Do hotelu dotarłem krótko po 13:00, odpocząłem i ruszyłem jeszcze do miasta, w stronę morza, na plażę, do centrum handlowego Maremagnum itp… Zakupy w Dia (mają tam colę light bezkofeinową marki własnej! ja tak chcę w Niemczech /i w Polsce/! bo przecież ja nie muszę kofeiny ciągle żłopać… a tutaj: Hola Cola – polecam, tak mi posmakowała że przed odjazdem kupiłem sobie jeszcze drugą :P Jedzenie w KFC i było smaczne oraz wege. Ale KFC ma bardzo smaczną alternatywę do mięsa, podobnie jak Burger King, jak widać tak samo w Hiszpanii jak i w Niemczech :) A potem w hotelu długie godziny planowania i spisywania atrakcji… znacz nie robię tego już na kartce, zaznaczam na Mapach Google, potem mam w komórce ładne „fiszki” gdzie mam iść :P współczesna technika bardzo ułatwia życie, ale i tak planowanie trwa godzinami ;)
Może jeszcze rzecz o samym hotelu/hostelu – tak naprawdę, to na początku zabookowałem inne miejsce… A tak zupełnie naprawdę, to w Barcelonie jest drogo – po prostu ;) Brakuje jakichś tańszych hoteli w sensownej odległości od centrum, sporo jest kwater prywatnych które są finansowo osiągalne ale wspólna łazienka… no „nigdy nie mów nigdy” ale wolałbym nie ;) Znalazłem za to apartamenty na wynajem – takie które wprawdzie gdzieś tam miały zapisane, że tylko dla studentów studiujących w Barcelonie – umiem czytać, wszystko czytam, przeczytałem ten tekst na Booking.com ALE jednocześnie znalazłem ten nocleg też na innej stronie i tam już nie było słowa o studentach, oraz na Bookingu był ten zapis że nadaje się dla rodzin (ale to pewnie algorytm wkleja – teraz to wiem), poza tym mogłem go zabookować (skoro są dodatkowe warunki, to nie powinno być takiej możliwości zanim się ich nie spełni… ale ja przypuszczam że takie miejsce to w ogóle nie bardzo powinno się na bookingu ogłaszać i wszystko tak trochę na pół oficjalnie wisi…), tak więc zarezerwowałem dopisując w wiadomości do obiektu, że nie jestem studentem i mam nadzieję, że to ok. Odpisali, że niestety tylko dla studentów. No to ja żeby mi zdjęli rezerwację w takim razie, oni że nie mogą i muszę się z bookingiem kontaktować… Skontaktować się z bookingiem to też nie jest taka prosta sprawa, ten czat i jak on działa dokładnie rozpracowałem po dwóch dniach ;) ale było to już w momencie załatwiania sprawy przez telefon, więc… więc przez telefon też nie poszło od razu, bo mają tam jakąś „procedurę relokacji”, którą mi jeden pracownik rozpoczął ale maila dostałem że nie bo cośtam. Ja nie potrzebuję żadnej relokacji, sam se znajdę coś innego ;) chciałem tylko żeby mi po prostu odwołali rezerwację bez kosztów i tę że rzecz udało się załatwić za drugim telefonem (musiałem tylko powtórzyć że się nie domagam znalezienia innego noclegu – pewnie to gdzieś nagrywają). Nie domagałem się, bo właśnie w trakcie tej rozmowy znalazłem inny hotel – na samej La Rambli, koło stacji metra, z osobną łazienką, no ideał… za wyjątkiem tego że bez okna :D ale trudno już, lepiej bez okna niż bez łazienki, w hotelu i tak nie ma czasu patrzeć przez okno ;) Taki też wybrałem… i nie powiem, miałem trochę obaw :D Bo były opinie, że brudno, były że karaluchy… ale były też takie, że w Hiszpanii to nieuniknione :D albo „jak na Hiszpanię to czysto” XD (i hotel był dwugwiazdkowy nawet niby, a przecież mógł być zero-gwiazdkowy ;) ), karaluch w Hiszpanii to nie byłby dla mnie problem, problemem to by było przywieźć sobie takiego do domu, więc przed wyjazdem wyczytałem, że intensywnie pachnące olejki je odstraszają i wziąłem takie ze sobą :D Pokój okazał się skromny, mały ale czysty i co dwa dni sprzątany, serio nie miałbym się do czego przyczepić… ale jednego dnia faktycznie karaluch tam wylazł :D musiał wejść przez uszkodzoną futrynę drzwi wewnętrznych (to było jedyne co tam było uszkodzone i faktycznie dałby się radę tam przecisnąć), ubiłem, a potem posmarowałem wszystko olejkiem i już mnie więcej nie niepokoiły :D nawet nie zgłaszałem obsłudze, bo cóż oni mogą jak taki klimat…

3.11 – niedziela
Dzień miał być spokojny, na wolne zwiedzanie, więc łażenie po mieście, wróciłem, potem drugi raz w stronę wzgórza Monjuc wyszedłem, nie chciało mi się trochę, rozleniwiam się :D no ale poszedłem, wszedłem na jedną stronę, potem miałem jeszcze na zamek iść aaale już zaczęło się ściemniać, nic to, jeszcze miałem sporo czasu w Barcelonie przed sobą, jeszcze (chyba) zdążę innego dnia – myślałem. Więc tylko widok na Plac Hiszpański i potem spacer aż do Placu Katalońskiego, bo ponieważ tam był Burger King w którym planowałem zjeść tego dnia (ale w Hiszpanii nie polecam, bardzo słaba oferta wegetariańska, bo bardzo słaba oferta w ogóle, a przynajmniej wtedy tam, no ale Whopper wege zawsze spoko) i powrót do hotelu (to blisko).
Najgorsze jest to, że ja moje zwiedzanie planuję wiele godzin i jak mi się już wydaje, że absolutnie wszystko już wiem i co najwyżej tylko zerknę na coś następnego dnia… kiedy zerkam, znów mi to zajmuje kilka godzin (bo się okazuje, że jeszcze czegoś nie wiedziałem albo coś…). Trochę frustruje ale nie wiem czy da się inaczej… żeby z kolei nie mieć frustracji, że czegoś się nie zaplanowało tak jak się uważa za najlepiej. A tak przynajmniej nie mam nigdy tego rodzaju frustracji, bo wiem że JA nie mogłem niczego zaplanować jeszcze lepiej ;)
Natomiast zakup biletu do Sagrada Familia, to ciekawe doświadczenie: wybieram bilet, z wejściem na wieżę, nie ma na jutro, nie ma na cały tydzień. No to biorę z przewodnikiem i wieżą, nie ma na cały tydzień chyba, że tam gdzieś po włosku. No nic, to biorę bez wieży, trochę szkoda no ale cóż zrobić, dostępny tylko 4.11 na cały tydzień, więc trzeba się spieszyć! Wybieram 10:15 (czy coś tam), przechodzę dalej, tam pytanie czy chcesz dokupić wejście na wieżę? No chcę, przechodzę dalej, wybierz godzinę – 14:00 – hę? mam do kościoła wejść o 10:00 a na wieżę o 14 czy jak to działa? :D przechodzę dalej – nie da się. Aha. Od początku, ale dalej chcę na wieżę „dokupić” skoro mi podsuwają tą opcję, klikam 10:15, chcę wieżę – 9:15… ale że jak? to teraz mogę wieżę na wcześniejszą wybrać? :D ale nic, klikam, to mi zmieniło chyba wejście na przed „godziną wieży” ale się zamotałem. Wychodzę i próbuję od początku… teraz już nie ma porannych, to biorę jakąś 13:00, chcę dokupić wieżę – nie da się… no dobra, to od początku, niech będzie bez wieży skoro ni jak się nie da. Wybieram od początku, teraz magicznie znowu są godziny poranne dostępne! Biorę 9:00, chcę dokupić wieżę (wiem, pisałem że daję sobie spokój ;) ale jak mi proponują… no kurcze chciałbym…), – 9:15 – udało się, przechodzę dalej, tam opłata kartą i 15 minut rezerwacji biletu i czasu na opłatę, dwuetapowa weryfikacja mojej niemieckiej karty (nigdy tego nie musiałem robić), no ale jakoś poszło! Kupiłem bilet do kościoła i na wieżę! Wejście 9:00, wieża 9:15 – ja nie wiem czy to normalne i czy po zejściu mogę dalej zwiedzać kościół czy mam się w 15 minut wyrobić, bo to nie jest nigdzie napisane ale innej opcji nie było, więc zobaczymy :D (znaczy można niby zwiedzać jak długo się chce, więc jak rozumiem mogę po zejściu z wieży dalej zwiedzać…). Bilet z wieżą kosztuje 36€.

4.11 – poniedziałek
Tego dnia kupiłem sobie bilet na komunikację miejską – oczywiście ten jedyny opłacalny, na 10 przejazdów, za 12,65€. Oczywiście dzień wcześniej obejrzałem pińćset wideów na jutubie o komunikacji w Barcelonie… ale bilety się zmieniły :D I taki jestem wspaniale ogarnięty, że nie udało mi się na pierwszej stacji metra skorzystać :D dobrze, że spróbowałem na drugiej i wreszcie zauważyłem, że to przecież zeskanować trzeba, a nie wtykać w dziurkę, bo bym zrobił z siebie głupka pytając kogoś dlaczego mój bilet nie działa XD Także te poradniki to też nie zawsze takie dobre, wystarczy że się coś zmieni, a człowiek jest tak zafiksowany na jedną możliwość, że mózg ignoruje wszystkie inne, dosłownie, przecież mogłem się od razu przyjrzeć co robią ludzie, a nie dopiero na drugiej stacji ;) W każdym razie dotarłem pod Sagrada Familia trochę przed 9:00, na tyle „trochę” że zdążyłem obejść wokoło, porobić zdjęcia itp., no i jeszcze postać w kolejce przed wejściem ;) Tam zaczęło padać i dlatego w końcu i tak nie wpuścili na wieżę :( (zwrot miał przyjść automatycznie na to samo źródło, z którego był bilet opłacony i faktycznie przyszedł mi zwrot po jakichś 2 tygodniach chyba). Dosyć padało całe przedpołudnie, siedzimy w tym kościele (nie że się wszyscy tak pilnie modlili :D po prostu na zewnątrz padało, a tam były ławki XD ), a tu nagle alarm na smartfony – jak tak wszystkim na raz zaczyna buczeć, to się może wydawać że to jakiś alarm przeciwpożarowy i każdy się ogląda co to teraz i czy trzeba uciekać :D Ale nie, to tylko ostrzeżenie. I najpierw sobie pomyślałem: apokalipsa, bo trochę deszczu spadło (czyżby to był aż taki rzadki widok w Hiszpanii? ;) ), ostrzeżenia na miarę huraganów u nas ;) Ale potem doczytałem że w Hiszpanii powodzie były akurat wtedy, może się bali że też będzie tak ostro. Ja nie zmokłem ale było ponuro. No dobra już, nie wejdę na wieżę, to trudno ale że nie zobaczę też rozświetlonego wnętrza? To smutno :( No ale miałem przed sobą jeszcze wizytę w muzeum obok bazyliki, co też sporo czasu zajęło i kiedy z niego wyszedłem to świeciło już słońce! Więc tak, udało się rozświetlone wnętrze zobaczyć i nawet sfotografować :) No to już lepiej, to już mogę zaakceptować! ;)
Po południu poszedłem na bunkry del Carmel – znaczy wzgórze widokowe, które kiedyś było takim mniej turystycznym, a dziś jest takim punktem nie dość że pełnym, to jeszcze paskudnie obspreyowanym i obskurnym… no widok niby jest, ale nie tylko stamtąd, nieszczególnie polecam ;) Byłem tam nieco za wcześnie by doczekać się zachodu słońca, więc pognałem żeby jeszcze za dnia zobaczyć parę słynnych budynków jak Casa Mila, Casa Battlo i cos tam jeszcze… Na koniec zakupy w Carrefour, ale wielki, dwupiętrowy… (ale Dia przypadł mi do gustu bardziej ;) ) i obiado-kolacja supermarketowa ;) espanada wegetariańska – duży i solidny posiłek, który mi jeszcze na śniadanie starczył :D No i sok z owoców na La Boqueria czyli tym słynnym targowisku (które nawiasem mówiąc też było zaraz obok hotelu), 2,5€ – sok ze smoczego owocu i kokosa – pyszny! Postanowiłem kupować codziennie do końca pobytu ;)
Potem w hotelu zakup kolejnego biletu… Park Güell, chciałem przedpołudniem ale nie aż tak wcześnie, patrzę, bilety są na 9:30 lub 13:00… ale patrzę na pogodę, kurcze znowu zamkną bo od 16:00 będzie burza :D no to może wcześniejszy jednak muszę wziąć (a chciałem pospać), idę wstecz, o, 10:30 się pojawiła, bierę. (Ale serio nie wiem co oni mają z tymi biletami, że to się randomowo pojawia i znika).

5.11 – wtorek
Dotarłem do Parku Güell… i szczerze to… nie warto :P Ok, 10€ to w dzisiejszych czasach też nie majątek, ale są znacznie milsze i darmowe miejsca w okolicy niż ten zapchany ludźmi park (np. chyba to było Mirador de l’Adrià – miło, zacisznie i nikogo nie było). A to był przecież listopad! Nie wiem czy chcę wiedzieć co tam się dzieje w sezonie… (tak, wiem, są bilety ale bilety są na godzinę wstępu, a nie wyjścia, więc można tam siedzieć ile się chce, a kolejni ludzie dochodzą…). Jeśli chcecie zobaczyć słynne budowle Gaudiego, a tym bardziej tą słynną najdłuższą ławkę na świecie… to obejrzyjcie ją sobie w internecie, bo na miejscu i tak nic nie zobaczycie XD to jest ławka, ludzie na niej siedzą i ją zasłaniają :D
Tego dnia wlazłem też na Mirador de Ignasi de Lecea – to obok parku Güell i obok bunkrów, tak pomiędzy tymi dwoma miejscami. Ale… o panie, to jest góra, a ścieżki które pokazuje Google, to są… powiedzmy to sobie szczerze: bardzo umowne :D Kamienne tablice są ekstra, widok stamtąd też jest spoko, aaale zejście tam po zachodzie słońca to sport ekstremalny. Tak więc zaczekałem tylko do pół-zachodu i zacząłem schodzić zanim się jeszcze całkiem ściemniło ;) Widok po zmroku chciałem obejrzeć z trochę niżej położonego miejsca, i co najważniejsze: już takiego przy ulicy. Tam jednak po zachodzie to już w ogóle jakaś plaga ludzi z psami :/ w ogóle to jakaś masakra była w Barcelonie… mnóstwo ludzi z psami bez smyczy, nie, to zdecydowanie nie byłoby miejsce dla mnie…
Kupiłem tez sobie lody w polecanym… no gdzieśtam ;) dobre ale jak już mówiłem – wszędzie są dobre ;) Może naprawdę powinienem kupić w jakimś takim najbardziej obskurnym przypadkowym lokalu i wtedy powiedzieć czy dobre, przekonam się najwyżej że jednak warto polecajek słuchać :D bo na razie słucham ale ja nie wiem czy istnieje coś takiego jak niedobre lody ;) W polecanych churrosach była promocja – za 6€ churros z czekoladą i chips ichniej roboty (chociaż nie wiem ile to normalnie kosztuje :D churrosy z czekoladą 5€), no i cóż… jakoś zapamiętałem je jako coś lepszego :D może mogłem wziąć z cukrem, pewnie tak (a ja pomyślałem że lepiej bez bo przecież jest czekolada, szczerze mówiąc wolałbym chyba z cukrem bez czekolady :P ), ale wtedy czułbym cukier, a to chyba też nie o to chodzi ;) w sumie te churrosy to takie coś, czemu smak nadają pewnie dodatki ;) i w sumie to nie, jednak nie, nie będzie to mój ulubiony słodycz ;) ale to i lepiej! Przynajmniej mogę dać sobie z nimi spokój i z czystym sumieniem jeść croissanty z różnymi nadzieniami (co lubię) i lody (co wszyscy lubią :D ), jedna bomba kaloryczna do wciskania w siebie mniej :D Ale chipsiki były bardzo dobre :P

6.11 – środa
Dzisiaj pojechałem na Tibidabo. Znaczy koleją miejską z Placu Katalońskiego do Peu del Fenicular skąd poszedłem na pieszo :) Tylko patrzę jeszcze w tej kolejce, a tam na wyświetlaczu że „Outside 25’C”… no super, a ja w górę z plecakiem zaraz będę szedł, a jak napisał ktoś na jakimśtam blogu: „To jest góra! Nie Kilimandżaro ale góra”, no i była… Wyżej temp trochę spada ale i tak 23-24 stopnie pod górę wyciska poty ;) Ale lubię chodzić w takie miejsca na nogach, to ma większy urok niż tam wjechać… (tu jeszcze taka mała uwaga: naprawdę do kolejki trzeba wsiadać na środku, ja wsiadłem na końcu, bo bym nie zdążył podbiec dalej, ale za to potem musiałem podjechać przystanek dalej i wrócić linią w drugim kierunku, bo to mały przystanek i przez tylne drzwi się nie wyjdzie :D ale nie ma problemu, nie kosztuje to dodatkowo dopóki się nie wyjdzie przez bramki, więc spoko). No i wszedłem podziwiając po drodze widoki, niby z autobusu też widać ale to jednak nie to samo. Przed wejściem na teren widokowy dostałem od jakiejś pani kartkę stylizowaną na starą gazetę z moim zdjęciem jak tam stoję przed tym wejściem :D to taka akcja z instagramu (może potem sobie uzupełnię, w tej chwili nie mam przy sobie). Przykro mi że nie podziękowałem ładnie ale wiecie jak to jest, zwykle jak wam ktoś coś daje, to albo ulotka albo tylko przez chwilę jest za darmo, a potem chce milijonów, więc wziąłem nieufnie i pewnie z nieciekawą miną :D przepraszam i dziękuję ;) Na górze nie zostałem jakoś długo, bo… wiało :D poza tym miałem jeszcze trochę planów (tych planów jakoś zawsze wychodzi mi więcej niż na początku zakładam :D ). Wróciłem już tak jak opisują – autobus 111 + kolejka + kolej miejska… (i znów oczywiście nie byłem pewien czy dobrze odbiłem bilet w autobusie, czy nie za szybko, mam wrażenie, że zawsze mi się musi coś nie udać w takich sytuacjach :P no ale nikt nie sprawdzał, najpóźniej przy kolejce i tak się odbił bo bramka ;) ). Chciałem wrócić do miasta, pójść na croissanty, a potem pojechać pod zamek, ale jak kupiłem croissanty… jednego w Brunells, 4,90€! z bitą śmietaną, dobre to było ale za drogo, ciasto lepsze niż z takiego, którego kupiłem dzień wcześniej w zupełnie randomowym miejscu (w La Colmena, prawie o połowę taniej…), śmietana też dobrej jakości ale śmietana jednak dla mnie za mało treściwa ;) no i ta cena… drugiego w Hoffmann, z mascarpone ze 4€, też smacznie ale drogo… Co do zamku zmieniłem jednak plan, boo po prostu jutro będzie mi bardziej pasowało pod względem dojazdu (a co za tym idzie też czasowym), pojechałem więc na Forum… ale tam nieciekawie, na łódki musiałbym przejść dalej, a tam jest spalarnia śmieci i podobno śmierdzi jak wiatr niesie w tą stronę. No i chyba rzeczywiście ten zapach to było to, więc mało zachęcająco, to już mi się dalej iść nie chciało ;) więc powrót pod hotel, tym razem pod sam hotel metrem (choć prościej by było wysiąść gdzie indziej i pójść bez przesiadki choć dalej, ale nie, uparłem się, dojadę pod hotel, zapłaciłem za bilet! ;) ). Potem chciałem iść na lody pod hotelem… a tam remont! A, bo nie wspomniałem. Już pierwszego dnia blisko hotelu wyczaiłem takie miejsce gdzie były lody w takim cieście jak na trdelnik, a ja je uwielbiam ;) Dość drogie, bo 5,90 czy tam nawet ponad 6€ ale chciałem kupić. Tylko że mieli jedynie dwa owocowe smaki, a nie np. oreo – jak na szyldzie. Pytałem chłopaka czy będzie oreo, nie umiał mi powiedzieć, bo niby tu na stałe nie pracuje. Odpowiedziałem, że spróbuję innego dnia ;) No i chciałem spróbować, już wziąłbym te owocowe nawet… A tu remont (pewnie dlatego już niektórych mas nie mieli…). No serio, z dnia na dzień remont i już nie zjem :( smuteczek ale co zrobić. Tego wieczoru znów poszedłem na sok (dzień wcześniej to nie wiem, chyba mi się już nie chciało ;) ), tym razem mango-papaja i był taki sobie ;) smoczy owoc jednak rządzi! ;) Kolację zjadłem w Bacoa Burger ze względu na chwalone wege burgery. Za burgera i frytki zapłaciłem 10,50€, jest to bar więc nie ma obsługi kelnerskiej na szczęście (choć zamówienia do stołu przynoszą), były pyszne! A już tak całkiem wieczorem, coś koło 21:00, poszedłem do… muzeum erotyki! :D Nie planowałem ale patrzę, takie muzeum praktycznie pod hotelem, szkoda nie pójść :D no i poszedłem. Bilet 11€, niektórzy ludzie marudzą że nic tam nie ma… ale tam jest sporo sal i jak dla mnie to całkiem sporo czytania i oglądania obrazków, jeśli ktoś nie lubi czytać i oglądać obrazków, to rzeczywiście może być zawiedziony ;) co nie znaczy że nie ma nic ponad to. Mnie się podobało.

7.11 – czwartek
No i nastał dzień odjazdu, ale to nie znaczyło, że nie miałem jeszcze wielu planów ;) (bo Flixbus dopiero późnym wieczorem). Bagaż postanowiłem zostawić w hotelu… i chcieli za to 5€. Tak mnie tym zdziwili (bo kto to słyszał żeby płacić za taką usługę), że zapłaciłem nawet dalej nie komentując (a w sumie mogłem skorzystać z jakiejkolwiek przechowalni w mieście za taką cenę), ale za to dostali ode mnie tylko 4 gwiazdki na 5 (a dostaliby 5 gdyby nie to!), bo nie omieszkałem tego skomentować na Google ;) Potem ruszyłem po śniadanie – po croissanty, które sobie wcześniej upatrzyłem w Triggo Coffee (jeden z kremem ciasteczkowym Lotus, a drugi z białą czekoladą), po drodze oglądając kilka mniejszych miejsc i gdzieś tam trafiłem na mały pasażyk handlowy i skusiłem się na breloczek pamiątkowy – misia :D (tzn. takiego metalowego), fajny jest, niewielki i płaski, pasuje na zawieszkę do plecaka ;) Potem ruszyłem (metro + autobus, w którym akurat przeprowadzano jakąś kontrolę ruchu – każdy dostał kartę magnetyczną, którą miał wrzucić do skrzynki wysiadając, no spoko, tyle mogę zrobić ;) ) pod zamek na Montjuic, no bo przecież chciałem go jeszcze zobaczyć. Do środka nie wchodziłem ale okolica jest w porządku, dość przyjemne miejsce, widok niebrzydki (choć głównie widać port), no i w ogóle. Po drodze do niego (tym autobusem) mija się Muzeum Narodowe – spodobał mi się budynek, jeśli kiedyś wrócę do Barcelony, chciałbym się chyba tam wybrać :) Ze wzgórza zszedłem na nogach do metra, bo poszło to szybciej niż czekać na kolejny autobus. A metrem pojechałem aż do parku del Laberint d’Horta (znanego z żywopłotowego labiryntu), tam wstęp też jest płatny ale kosztuje tylko 2,23€, a przed zakupem biletowy uczciwie poinformował mnie (także za pomocą obrazków), że labirynt jest zamknięty z powodu robót ogrodniczych ;) no spoko, niekoniecznie po to tam pojechałem, chciałem po prostu końcówkę pobytu spędzić w jakimś spokojnym zielonym miejscu – i ten park się do tego świetnie nadał! Przynajmniej tego dnia było tam mało ludzi, czyste, obszerne, dające prywatność i niemal przytulne toalety, w których byłem nawet dwa razy i nikogo nie spotkałem! :P No i ogólnie miłe, zaciszne miejsce, spędziłem tam parę godzin głównie czytając, tam mi się podobało, polecam :) (choć pewnie w sezonie jest więcej ludzi). Po bagaż zapowiedziałem wrócić między 19:00 a 20:00, więc tak też zrobiłem, pod samym hotelem kupując jeszcze drobne pamiątki: widokówkę, kaktusika (to fajna pamiątka z takiej podróży ;) ) i… stwierdziłem że mógłbym taki breloczek-misia kupić też mamie, ale na żadnym innym straganie nie znalazłem, więc chciałem wrócić tam gdzie kupiłem. Nie było to takie proste, bo ten sklepik to ja w sumie nie wiedziałem gdzie jest… w końcu jakoś próbując sobie przypomnieć gdzie ja kolejno szedłem rano, trafiłem i mieli jeszcze otwarte, no i udało się kupić :) Ach, no i ostatni sok owocowy… miał być smoczy owoc aaale zaciekawiła mnie morwa czarna z kokosem, wygooglałem że to powinno być też dobre, kupiłem i było :D Potem już ruszyłem w kierunku dworca… Miałem jeszcze czas na kolację w McDonald’s i wziąłem sobie wrapa z kurczakiem, wahałem się długo, no bo mięsa dawno nie jadłem, czy muszę znowu zaczynać? ale nic poza tym ciekawego nie było, nie dość czasu by iść gdzieś indziej, a przecież tak je kiedyś lubiłem… kupiłem i było to paskudne :D Nigdy więcej. Im mniej je się mięsa tym bardziej ono nie smakuje :D Ende, finito, to było ostatni raz, nie potrzebuję więcej i bardzo dobrze. Do Flixbusa to mi już tak bardzo mało czasu zostało… musiałem dotrzeć na niezłym przyspieszeniu i już stał ;) (ale nie że się spóźniłem! grzecznie byłem 15 minut przed odjazdem tak jak trzeba, po prostu zwykle jestem jeszcze wcześniej). Czy ktoś koło mnie siedział? Kurczę, nie pamiętam, chyba nie przez całą drogę ale tak.

8.11 – piątek
Tym razem pierwsza przesiadka była w Mediolanie i było na nią prawie 6 godzin! Planowałem więc sobie pojechać do miasta, zobaczyć katedrę, ten słynny pasaż handlowy, no i zjeść pizzę w pewnym fast foodzie pizzowym ;) A tu akurat dokładnie tego dnia komunikacja we Włoszech strajkuje! (a wcześniej tak obchodzę ten dworzec i patrzę – gdzie to metro? :D spuścili takie kraty, że wcale nie było go widać w pierwszej chwili, w drugiej patrzę, że jakieś zamknięte i puste, nie wiedziałem o co chodzi, więc poszedłem na kolejną stację, a tam też zamknięte, dopiero wtedy wygooglałem, z pomocą tłumacza bo oczywiście takie świeże info było tylko po włosku, że ten strajk…). Gdyby była przechowalnia bagażu na dworcu Lampugnano (swoją droga też bardzo obskurne miejsce), albo gdybym miał trochę lżejsze torby (albo przynajmniej gdybym nie kupował w Barcelonie dwóch butli napojów), to poszedłbym z buta… ale niestety, nie dałem rady :( 5km to z ciężkimi torbami pokonało nawet mnie. Znaczy 5km to przeszedłem, bo zatrzymałem się w połowie drogi, no a potem musiałem wrócić :P Ale 10km to bym już nie zrobił… (wprawdzie potem strajk chyba zawiesili, bo stacje się pootwierały, no ale wtedy to musiałem już wracać). Znaczną część tej przesiadki spędziłem więc w małej galerii handlowej CityLife. Posiedziałem, poczytałem, do tego pizza-fast foodu chciałem pójść w bliższej lokalizacji… ale potem i to odpuściłem, bo tam po 15:00 mają przerwę, musiałbym się streścić, potem znowu nie miałbym co robić, odpuściłem, zjadłem dwa croissanty w kawiarence Cioccolat Italiani w tej galerii, były smaczne (ten z kremem lepszy niż pistacjowy) :) A potem wróciłem na Flixbusa i tym razem też już stał ;) Znów nie pamiętam czy ktoś koło mnie siedział czy nie… chyba pod sam koniec dopiero…

9.11 – sobota
Wcześnie rano zajechaliśmy do Dusseldorfu gdzie miała być już ostatnia przesiadka, na Flix-pociąg tym razem. Dworzec nawet spoko, coś tam można porobić (nie jak w Amsterdamie…), długo się wahałem co tam zjeść i w końcu wybrałem ofertę śniadaniową McDonald’s ale żałuję, wrap z jajecznicą to było takie nic, nie warto, mogłem kupić coś w jakiejś dworcowej piekarni typu BackFactory, Ditsch czy LeCrobag. Poza tym nie pamiętam już co robiłem, bo i też nie miałem tam za dużo czasu. No a potem przyjechał pociąg i pojechałem do domu ;) Pociąg zapchany, zwłaszcza na dwóch ostatnich odcinkach – do mnie i pewnie potem do samego Hamburga, bo większość jechała dalej…

Podsumowanie: fajnie było i dość przyjemnie. Chyba jednak przyjemniej niż w Nicei ;) Niczego nie żałuję (za wyjątkiem tego wrapa z kurczakiem w Macu :D ), chyba dość dobrze udało mi się ogarnąć wszystko co chciałem i jeszcze więcej :) Co jeszcze chciałbym dodać? Dziwny kraj – za torebkę na wynos w fast foodzie liczą 0,10€ a pełno butelek i puszek wala się wszędzie ;) znaczy spoko że jest płatna torebka ale chyba nie tu szukają oszczędności na śmieciach gdzie powinni ;)

Teraz kilka zdjęć, a na końcu wydatki :)

plaża La Barceloneta

targ La Boqueria

Plac Hiszpański

Sagrada Familia

Sagrada Familia

widok na miasto

Casa Mila

Park Güell

na wzgórzu Tibidabo

Hotel kosztował 285€+ 27,50€ (podatek turystyczny) = 312,50€
Flixbus tam: 90,46€ (bo miałem kupon -15%), z powrotem: 81,29€ (+ taksówka 13,50, + bilet u mnie powrotny 1,50€) = 186,75€
Komunikacja miejska Barcelona: 12,65€
Wstępy: 26€ +10€ + 11€ + 2,23€ = 49,23€
Cała reszta wydatków tam i po drodze (jedzenie, pamiątki i wszystko): 134,82€

łącznie: 695,95 czyli liczmy 700€

Szczegółowe wydatki (zwiń/rozwiń)

(wiem, że jestem dziwny, czasem nie chce mi się ich zachowywać, czasem mi się chce :D tym razem mi się chce, więc w takiej zwiniętej formie przepisuję):

1.11 (piątek)
– McDonald’s Paryż: 12,10€

2.11 (sobota)
– KFC: 9,19€
– supermarket Dia: 8,36€

3.11 (niedziela)
– Burger King: 9,50€

4.11 (poniedziałek)
– Sagrada Familia: 26€
– Carrefour: 16,64€
– sok owocowy (smoczy owoc i kokos): 2,50€

5.11 (wtorek)
– park de Güell: 10€
– croissant xxxxx: 2,60€
– lody: 4,90€
– churros + chipsy: 6€

6.11 (środa)
– croissant z bitą śmietaną (w Brunells): 4,90€
– croissant z mascarpone (Hoffmann): 4€
– sok mango-papaja: 2,50€
– burger + frytki w Bacoa Burger: (7,25+3,25): 10,50€
– muzeum erotyki: 11€

7.11 (czwartek)
– przechowanie bagażu: 5€
– croissant Lotus (3,95€) i croissant z białą czekoladą (chyba 2,10€) = 6,05€
– wstęp do parku: 2,23€
– miś brelok (x2) = 5€
– kaktus: 3,50€
– widokówka: 0,50€
– sok czarna morwa-kokos: 2,50€
– kolacja w McDonald’s: 9,31€
– supermarket: 2,07€

8.11 (piątek, Mediolan)
– cornetto/croissanty: 1,50€ + 1,70€ = 3,20€

9.11 (sobota, Düsseldorf)
– McDonald’s: 4€

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Groningen (25.08) i Köln (7.09)

Tak patrzę, że trochę do tyłu jestem z opisami wycieczek/wypadów ;) Więc tak szybko będzie, bo to z resztą jednodniowe wyjazdy na których nie byłem sam, a to też zawsze trochę mi relacje (i emocje) rozmywa…

Groningen – 25.08 (niedziela)
Ponieważ w kolejnym tygodniu miało być to seminarium, zdecydowałem się na wyjazd w niedzielę. Mam w jedna stronę niecałe 200km, więc akurat wypadzik na jeden dzień ;) Najbardziej zależało mi na kolorowych domkach, z którymi puzzle kiedyś układałem i akurat tak się szczęśliwie składa, że bardzo blisko nich jest parking P+R i na nim właśnie zdecydowałem się zaparkować (P+R Reitdiep). Byliśmy tam około 11:00, miejsca dużo, parking darmowy, potem spacerek na przystań z domkami, zdjęć porobiłem sporo, udało mi się znaleźć kąt z którego robione było zdjęcie na puzzle… tylko domki niestety się zmieniły przez te lata na gorsze :D To że malowali to spoko, niestety przemalowali brzydziej ;) i np. z zielonego zrobili szary. Potem ruszyliśmy na spacer do miasta. Jest to kawałek ale da się przeżyć. Miasto nie bardzo duże ale kanałki zawsze są urokliwe. Dodatkowo w centrum był taki festyn – stragany, karuzele… pluszowe peniski do wyciągnięcia z maszyny :D Zjadłem tam jakieś ciastko z kremem, dobre było :) Potem weszliśmy na wieżę widokową kościoła Martinikerk, co też nie poszło tak od razu, bo najpierw wyglądał na zamknięty ale jednak znalazłem wejście :D Bilet płatny tylko kartą, nie pamiętam dokładnie ale chyba 6€ za osobę. Potem poszliśmy pod budynek muzeum, bez planów na wejście ale sam budynek chciałem zobaczyć, bo jest ciekawy. Następnie chciałem zobaczyć jeszcze park, z resztą było to nawet po drodze. Coś tam było, kupa ludzi, jakieś wydarzenie ale nie wgłębiałem się. Na koniec wróciliśmy na przystań kolorowych domków. Niderlandy to normalny kraj, w związku z czym mają sklepy otwarte w niedzielę i przy okazji zrobiliśmy małe zakupy w Jumbo przy przystani. Wiele rzeczy jest drożej ale np. truskawki są taniej – wiadomo, duży eksporter ;) No i ruszyliśmy do domu… a tu zaraz za granicą, czarny samochodzik (w sensie taki w ogóle nie charakterystyczny) wyświetla mi z tyłu: „Zoll. Bitte folgen” czy jakoś tak :D No to zjechałem, pytali skąd my, skąd wracamy, gdzie byliśmy, czy częściej jeździmy w tym kierunku, pooglądali zakupy :D No i w sumie tyle, taka rutynowa kontrola, właściwie powinienem się chyba przyzwyczaić że minusem „kolorowego” samochodu jest właśnie takie zainteresowanie służb :D no cóż, trza z tym żyć ;) (już wolę z tym żyć niż z szaro-burym samochodem jakich jeżdżą miliony :P ).

przystań

przystań

Martinikerk

widok z Martinikerk

Köln – 7.09 – (sobota)
Dwa tygodnie później ruszyliśmy do Köln. Stamtąd też miałem widoczek na puzzlach i też chciałem zobaczyć go na żywo :D To znaczy wahałem się długo, bo to jednak ponad 300km ale ostatecznie podróż jakoś poszła nawet prosto, 298km prostą drogą autostradą, potem też, jakoś prawie do końca autostrada czy inne drogi szybkiego ruchu, więc na szczęście dużo po mieście się nie najeździłem. Tu z parkingami była jakaś dziwna akcja, że P+R były darmowe ale do użycia tylko jak się kupi bilet na komunikację, a to by było 8€ za osobę (musiałbym wydać więc 16€). Jednocześnie są obszary w mieście, gdzie za dobę płaci się 5€ za parkowanie i to w centrum… to jaki sens ma używanie P+R gdzieś na obrzeżach skoro parkowanie w centrum jest tańsze? :D Bardzo to przyjazne dla przyjezdnych, mniej dla mieszkańców. Poszło dobrze, poza tym że wyjeżdżając musiałem objechać 3 małe uliczki, ciasno okropnie, z parkowaniem chyba jeszcze gorzej niż w moim mieście (no ale może ta różnica, że mieszkańcy chyba tam za darmo parkują, a przyjezdni za te 5€ za dzień, więc wiecznie tam stać nie będą i może jest rotacja ;) ). Ogólnie wybrałem że pojedziemy na parking na Teutonenstraße, bo blisko do rzeki, a w razie czego w okolicy jeszcze kilka tych parkingów tanich (na zdjęciach Googe Maps widziałem że parkomaty mają te niebieskie opaski, które oznaczają 5€ za dzień), no i tak faktycznie było, zaraz po wjeździe w ulicę było wolne miejsce i tam stanęliśmy. O tej porze rano (zajechaliśmy około 10:30) jeszcze może tam jakieś jedno czy dwa były wolne (ale potem byłoby ciężko :P ), ale faktycznie 5€ za cały dzień, a niedziela byłaby za darmo.
Potem poszliśmy do muzeum czekolady… to to muzeum, które było polecane zamiast tego w Zurychu ;) Zapłaciliśmy 17 i 15€ za wstęp (seniorzy mają 2€ taniej), dostaje się na powitanie po kuleczce czekoladowej z płynną czekoladą w środku ;) a na koniec malutką piramidkę z 4 czekoladek. W muzeum jest też maszyna produkująca takie małe czekoladki, można przycisnąć i wypada świeża czekoladka na spróbowanie – pyszna, chyba najlepsza czekolada jaką w życiu jadłem, dlatego że świeża :P (ja normalnie nie rozróżniam świeżości czekolady ale tu taką świeżą prosto z produkcji no to uu, no czuć różnicę w smaku ;) ). Oczywiście jest do tego kolejka i czekoladki nie wypadają jedna za drugą, tylko trwa to może ze 30 sekund między podaniami (pewnie żeby ludzie za dużo nie brali :D ). A potem przy fontannie pani daje wafelki umaczane w czekoladzie – też smaczne, ale ta stała czekoladka z maszyny lepsza ;) No a potem sklepik, kupiłem znów kilka kulek i kilka innych czekoladek – też drogo, prawie 14€ za te kilka rzeczy wyszło… Muzeum trochę nam zajęło ;) potem poszliśmy do katedry (wejście na wieżę 8€ x2) po drodze trochę rzeczy zwiedzając typu rynek, inny kościół, itp., A potem przez rzekę na drugą stronę żeby uchwycić ten konkretny widok na katedrę – zdjęcie chciałem zrobić takie jak na puzzlach aaale po pierwsze światło niekorzystne, bo pod światło, po drugie sporo się tam zmieniło w wyglądzie promenady (na gorsze :P ) i jeszcze ta kupa ludzi która się tam każdej minuty przewala nie poprawia widoku, ogólnie znów: przeludnienie… o tym miałbym dłuższy wywód ale to może nie dzisiaj i nie w tej notce ;) No a potem podróż do domu… Reasumując: fajnie zobaczyć raz ale miasto jak miasto, za daleko żeby było warto tam częściej jeździć ;)

muzeum czekolady

katedra

katedra

widok z katedry

kłódki na moście i w jego okolicach

promenada – widok na katedrę

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Bildungsurlaub – „Urlop edukacyjny” ;)

Przypomniało mi się właśnie, że kiedy zaczynałem pisać tego bloga ponad 20 lat temu, nie wiedziałem co chcę robić w przyszłości… przyszłość nadeszła, a ja nadal nie wiem… Przez wiele lat obstawałem przy pracy fizycznej, bo przynajmniej głowę ma się dla siebie i można myśleć o czym się chce. To jest prawda ale ostatnimi czasy i ten stan zaczął mnie męczyć, za dużo myślenia i czasu dla siebie ;) W poprzednim wpisie napisałem już o seminarium – była to odmiana i dobrze mi zrobiło. Teraz miałem taki urlop, w czasie którego zamiast do pracy uczęszcza się na jakiś kurs. To może być cokolwiek coś twórczego, coś związanego ze zdrowiem, języki, coś biurowego – no wszystko. Ja wybrałem sobie rysowanie :) Bo było, bo akurat wypadało na mojej pierwszej zmianie, bo pomyślałem że to doskonała okazja zająć się czymś, na co nigdy nie mam dość czasu… Aha, bo to jest urlop dodatkowy do rocznego urlopu i w pełni płatny, jedynie sam kurs trzeba sobie zapłacić ale zwykle to nie jest duża suma. No na pewno mniejsza niż tygodniowa wypłata, więc się opłaca :D
Jeśli chodzi o samą rejestrację, to też nie wiedziałem, a teraz będę już mądrzejszy – można się zarejestrować, mailem dostaje się papiery, które trzeba pokazać pracodawcy, a w razie czego (gdyby się jednak nie dostało tego urlopu w tym terminie) można się przez kolejne 2 tygodnie bez problemu wypisać. No a przynajmniej tak jest na kursach z uniwersytetu mojego miejsca zamieszkania.

Taki był ten tydzień:

14.10
Tylko 9 osób jednak w takim kursie bierze udział (myślałem z jakiegoś powodu, że 14!), trochę straszno :D (i jestem jedynym facetem :P przypuszczałem że tak może być ;) ). Najpierw prowadząca położyła 11 przedmiotów pod kawałkami materiału i mieliśmy po dotyku zgadywać co to. Każdego pytała o każdy przedmiot, chodziło chyba o pobudzenie wyobraźni :) Tego pierwszego dnia było dużo takiego gadania, o tym jak ważne jest wymierzenie rysowanych obiektów (że od tego zaczynać i jak to robić), trochę o perspektywie i pokazywała nam techniki… hmm, cieniowania kreskami? czy jak to nazwać :P Narysowałem butelkę (moją butelkę na wodę), rysunek został w sali, mieliśmy zostawić i postawić przy oknach żeby jutro na nie spojrzeć jak przyjdziemy (poza tym że jednak chyba coś nie do końca wymierzyłem :D to nawet wyszło nieźle), ogólnie tego dnia chodziło o perspektywę i światłocień. Mamy przez 4 dni poznać 4 techniki, a piątego dnia tworzyć naszą ulubioną. Ale ogólnie dosyć miło, bo 5 godzin, w tym jedna przerwa 30-40min, to zlatuje :P To koło supermarketu, to można pójść coś zjeść itp. No i co jeszcze np. mówiła… żeby nie rysować co nam się wydaje, że powinno być, tylko patrzeć i rysować to co widzimy – no i faktycznie chyba jest to częsty błąd, bo mi świta, że różne te książki o rysunkach też tą zasadę dość mocno akcentują. Że rysowanie to tak naprawdę nauka patrzenia… I że to po prostu przeniesienie odpowiednich tonów w odpowiednie miejsca ;)
Tylko z parkingiem to jest tak trochę średnio… parking wzdłuż ulicy ale prawie wszystko pełne, znaczy tam zawsze coś znalazłem, jedno czy dwa miejsca, ale ciasno, więc trochę stresująco…

15.10
Dziś prowadząca spóźniła się godzinę… (ktoś tam z pracowników nas poinformował że dzwoniła), bo opiekuje się matką i coś tam w nocy się działo (no cóż, ona sama jest już starsza, to jej matka tym bardziej…), więc wszyscy zaczęli coś rysować, no to ja też, coś nowego, szklankę (w uchwycie metalowym) ale ten rysunek już niezbyt mi się podobał :P Potem, jak już do mnie podeszła, to powiedziała że nieźle, ale „elipsy nie mają kantów” :D no cóż, starałem się żeby nie miały ale jednocześnie chciałem oddać, że szklanka ma brzeg np. przeźroczysty i to w sumie trochę wygląda jakby zakończenia były ostre… ale innym błędem (i tu się z nią zgadzam :P ) jest to, że końcówka uchwytu nie wypada w tym samym miejscu co na szklance… bo narysowałem ją na oko :P bardzo się trzeba pilnować żeby jednak NIC na oko nie rysować ;) No to ona potem taki szkic mi zrobiła, że też trzeba odmierzyć gdzie wypada uchwyt… No, racja :P W sumie to chyba najważniejsza rzecz jaką wyniosę z tego kursu, to będzie, że nie rysuje się na oko, tylko proporcje trzeba odmierzyć ZAWSZE – co ma sens i zdecydowanie pomaga rysunkom. No to zapytała czy chcę poprawiać czy na nowo narysować, powiedziałem że na nowo i zacząłem rysować drugą szklankę ale mierzenie też nie jest takie proste i długo mi zajęło żeby chociaż tyle narysować no i jeszcze tym razem kształt uchwytu mi nie chciał wyjść :P
Więc tego dnia nic nowego raczej nie robiliśmy, tłumaczyła jeszcze o tym, że na rysunkach właściwie można widzieć same trójkąty, je naszkicować i reszta „sama wyjdzie” ;) z przykładami, no i tam też trochę o rysowaniu oczu i nosa. Na koniec zaczęła pokazywać rysowanie grafitem (kolejna rzecz o której nie było mowy, że mamy przynieść, no ale się przyda jak pokaże ale my raczej tą techniką na kursie rysować nie będziemy).
Tego dnia zabrałem szkicownik ze sobą do domu, bo myślałem że może nawet coś porysuję, ale w końcu i tak nie wyszło… A w ogóle co do szkicownika, to od razu w poniedziałek ona mówi: „O, to z Action, prawda?”, przytaknąłem, a ona mówi, że dobre mają te szkicowniki (i tanie), bo fajna faktura papieru, gładkie kartki się w ogóle nie nadają do rysowania, a te mają dobrą fakturę… „i czemu w ogóle robię reklamę sklepowi Action? Powinni mi chyba zapłacić” – się śmiała ;)
A swoją drogą prowadząca ma nawet swoją stronę, znalazłem: klik :)

16.10
Dziś zaczęliśmy rysowanie tuszem, tu raczej (przynajmniej ona tak rysuje) rysuje się bez szkicu, rysuje się linie, jak się zrobi błąd, to można go „ukryć” wśród linii ;) Najpierw niemal każdy zaczął coś z fantazji rysować (ale nam nie szło tak dobrze jak jej :P ), więc wróciliśmy do rysowania obiektów, jedna kobieta przyniosła dziś jabłka ze swojego ogrodu, ot tak żeby rozdać, bo ma za dużo ;) i prowadzącej się spodobało, że niektóre z listkami były, więc potem prawie wszyscy zaczęliśmy rysować te jabłka :P narysowałem i myślę, że już to „początkowe stadium” nawet nieźle wyszło (choć trochę za mało cieniowania ;) ). Potem była przerwa, a po przerwie niestety listek mi się zwinął i już tak ładnie nie wyglądał :D Więc następny etap pracy to już wersja trochę z fantazji i już trochę przez nią poprawiona. Po przerwie prowadząca chciała nam też ciasto kupić (w podziękowaniu że byliśmy tacy mili wczoraj ;) tzn. że zrozumieliśmy że się spóźniła – tak jakbyśmy mieli inaczej zareagować :P no tak wyszło to trudno, nie tragedia przecież), ale tam większość nie chciała ciasta… to wymyśliła, że w takim razie możemy sobie wybrać po jednej widokówce z jej prac tuszem i wybrałem sobie taką z charakterystycznym pomnikiem naszego miasta ;) No ja bym tam ciastem nie pogardził :D ale zgadzam się, że widokówka, to lepszy prezent, bo pamiątka na stałe :) (zwłaszcza, że w piątek i tak będzie ciasto – jedna z uczestniczek zaoferowała się, że upiecze z tych dzisiejszych jabłek :P ). Ogólnie rysowanie tuszem bardzo mi się spodobało i mam ochotę na więcej :) Tego dnia w domu udało się nawet jeszcze dwa rysunki zrobić (chociaż po czasie widzę błędy na wszystkich :D ale cóż, dobrze że widzę, to oznacza rozwój)! Do tuszu w zestawie miałem takie szklane pióro, ale miałem też osobno kupione pióro ze stalówką i na zajęciach nim rysowałem, a w domu spróbowałem tego szklanego – nim się ogólnie chyba jednak lepiej rysuje.

17.10
Dzisiaj rysowaliśmy kredkami… i niestety muszę powiedzieć, że ta technika nie bardzo mi pasuje ;) Zacząłem rysować jabłko pociągnięciami kreski jak na jabłku i nie wiedziałem co dalej żeby nie popsuć :P Potem ona mi pomogła, że np. tą żółć na całym rysunku można dodać… ogólnie już było czuć, że jej styl nawet w rysowaniu kredkami, to jest to kreślenie linii we wszystkie strony, a dla mnie to fajnie pasuje tuszem, ołówkiem też jest ok (chociaż niektóre rysunki ołówkiem wolałbym też robić chyba w jedna stronę) ale kredkami mi jakoś nie pasuje… (za dużo się innych rysunków naoglądałem i za dużo kolorowanek inaczej kolorowałem :D człowiek ma zakodowane jednak coś innego ;) ), albo może nie to że mi nie pasuje, bo jej rysunki wyszły super i wszystko w nich pasuje ;) po prostu ja tego nie „czuję”. Pogłębiałem te kolory ale nie umiałem też wydostać światłocienia z tego jabłka, bo tam gdzie padało światło, to było akurat w czerwone miejsce na jabłku, a jednocześnie czerwony jest najintensywniejszy (więc najciemniejszy w moich oczach) więc potem jeszcze raz trochę poprawiła, a ja jeszcze na końcu dodałem plamy na takie jakie mniej-więcej miało to jabłko. Wyszło oczywiście ładnie ale no nie można powiedzieć, że to ja narysowałem :D Bardziej to była praca wspólna :D no i nadal nie „czuję” tego :P (ale obrazek jest rzeczywiście piękny! po czasie muszę to przyznać nawet bardziej).
Przy okazji uświadomiłem sobie, że moje tuszowe jabłka z wczoraj, te rysowane w domu mają ten sam problem, a zwłaszcza to kolorowe – brak odpowiedniego światłocienia :P jak wchodzi kolor, to ja już się skupiam na wypełnieniu go, jakbym kolorował kolorowankę :D zamiast na oddaniu kształtu więc światłocienia… ale dobrze, że to przynajmniej zauważyłem, to już i tak spory plus, że widzę swoje błędy.
Jutro mamy robić co chcemy techniką jaką chcemy, to myślę, że chyba i tak wybiorę tusze :P Ale nie wiem co narysować, jabłek i butelek mam już dość :D

18.10
Dzień ostatni był luźny i jakiś krótszy :P długo się nie mogłem zdecydować co rysować i jak w końcu, więc zacząłem jednak ołówkiem. Potem chciałem sobie zrobić kompozycję z 3 kredek, co tak sobie się trzymało, więc prowadząca podsunęła mi jedną kredkę opartą o rolkę taśmy i obok gumkę – spoko pomysł :) zacząłem i mi nie wyszło coś mierzenie, więc zostawiłem i zacząłem jeszcze raz :P ale rysunku nie zdążyłem dokończyć, bo to był bardzo luźny dzień, jedliśmy ciasto, na końcu jeszcze rozmawialiśmy o rysunkach gotowych i ogólnie co z kursu wynieśliśmy i trochę wcześniej skończyliśmy. Ja wyniosłem na pewno to, że obiekt rysowany trzeba mierzyć (oczywiście nie linijką, ale mierzyć), nie zapominać o proporcjach, kątach, wielkościach, światłocieniu… no i to jest już myślę dużo! A to że widzę błędy już nawet w tych moich rysunkach, to też jest na plus :) Na koniec nam jeszcze powiedziała żebyśmy rysowali. Przynajmniej godzinę tygodniowo, albo chociaż raz w miesiącu ale regularnie. Mam nadzieję jednak wygospodarować tą godzinę w tygodniu ;)

Na przyszły rok planuję malowanie dla niemalujących :P Aaaale trzeba przyznać, że tam tak dużo ciekawych kursów znalazłem, że nawet się zastanawiam czyby nie zrobić niektórych nawet na własną rękę… Np. programowanie w Java Script, Python! Nie wiem czy przypadkiem to jednak nie powinny być kolejne moje kursy ;) ciągnie mnie też bardzo…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

sierpniowe seminarium

Innym wpisem pamiętnikowym, który chce tu sobie zanotować będzie wpis na temat seminarium BR, bo to było coś innego, ciekawy tydzień z życia.

Seminarium takie to fajna rzecz, bo trwa tydzień i jest się na ten czas zwolnionym z pracy oczywiście, żarcie zapewniają, także hotel i/lub dojazd jeśli się ktoś decyduje poza miejscem zamieszkania, no a za wszystko płaci pracodawca :P Ja akurat wybrałem takie na miejscu (chciałem w listopadzie, zamiast pierwszej zmiany ale nie było jednak organizowane, więc już wziąłem kiedy było).

No to teraz krótko na temat tamtego tygodnia: nie miałem żadnych oczekiwań, nie wiedziałem jak to wszystko będzie wyglądało i o czym w sumie będziemy się uczyć… ale jakbym wiedział, że będzie tyle pracy z ustawami (dostaliśmy parę GRUBYCH książek z ustawami, komentarzami, jeszcze tam jakimiś podpowiedziami :P ), to bym się pewnie bardzo bał :D więc dobrze, że nie wiedziałem, bo ogólnie nie było się czego bać ;) O dziwo wszystko rozumiałem, wszystko też wydawało mi się ciekawe (nie tylko jako dla członka BR ale jako dla zwykłego pracownika… pomijając fakt, że mnie się niemal na pewno dla samego siebie nic z tego nie przyda, bo w życiu by mi się nie chciało użerać się z pracodawcą nawet jakbym miał rację :D wolałbym zmienić pracę i machnąć ręką, takie coś to raczej dla ludzi, dla których praca jest ważniejsza niż dla mnie :D ). No ale edukacyjne to było, bo tydzień wcześniej to nawet nie miałem żadnego pojęcia na czym polega praca BR :D no to teraz przynajmniej wiem (że na dochodzeniu praw pracowników ale jako ogółu, pojedynczy pracownik musiałby raczej iść do sądu). Przez pierwsze 3 dni referentem był sędzia sądu pracy z tego miasta/landu, a ostatnie dwa dni prawniczka z innego (on moim zdaniem prowadził to lepiej od niej, bardziej dynamicznie, bardziej zrozumiale i ogólnie tak jakoś bardziej mi pasowało, choć może to wrażenie wynika z tego że on był pierwszy ;) ). Była też praca w grupach, ale trafiła mi się sympatyczna grupa :P (i mimo że ta prawniczka od nowa przydzieliła grupy, to wyszło na to że moja grupa była taka sama :D ), ogólnie było chyba 16 czy 17 osób (czy nawet 18), niektórzy stąd ale byli tacy ze Stuttgartu, Timmendorfer Strand i skądś tam jeszcze. Dostaliśmy książki, plecak, butelkę, piórnik, karteczki do zaznaczania (to jest świetna sprawa, nie wiedziałem że aż tak fajna :P będę prywatnie korzystał do zaznaczania cytatów w czytanych książkach, a jak mi się skończą, to sobie kupię kolejne, dla mnie teraz to taka must-have rzecz te zakładki indeksujące – właśnie sprawdziłem że tak się to fachowo nazywa ;) grosze to kosztuje: przykład a duuuużo ułatwia :) ).
Po drugim dniu zaprzestałem jadać śniadania w domu, bo już na pierwszej przerwie najadałem się przekąskami :D Potem był obiad a potem druga przerwa i znów przekąski :P Do obiadu jeden wybrany napój, można było Pepsi Max wybrać, więc no idealnie :D Na obiad szwedzki stół i spory wybór (mięso, ryba albo wegetariańskie), zawsze też jakiś deser, a na przerwach przekąski różnorodne i codziennie inne: malutkie pączki, ciastka francuskie z marmoladą, serniczki, kremy z limonki, szaszłyki owocowe z kremami, budynie, ciasto kruche z makiem… No cóż mam powiedzieć – żarcie było idealne :D
Reasumując: BARDZO mi się podobało i to był bardzo miły tydzień :) no było to ewidentnie coś innego niż praca na produkcji i dobrze mi to zrobiło na głowę :P Już się nie mogę doczekać mojego „urlopu edukacyjnego” w połowie października, może będzie jeszcze lepiej skoro temat będzie jeszcze ciekawszy ;) Od wtorku jeździłem rowerem i to też było spoko, bo blisko ;) wstawanie o 8:00 też było o wiele łatwiejsze niż wstawanie krótko po 5:00… może jednak mógłbym się przyzwyczaić do takiego trybu życia z wstawaniem rano, gdyby to było o 8:00 rano a nie o 5:00 ;) sypiałem około 6 godzin ale na seminarium w ogóle nie odczuwałem senności i w sumie potem w ciągu dnia też nie (albo więc na 6 godzinach snu można jechać w miarę bezproblemowo, albo ilość energii zależy też od tego co się robi, jeśli coś ciekawego to odczuwa się energii więcej).

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , | Jeden komentarz

Zabezpieczone: Lazurowe Wybrzeże czyli Nicea i okolice: Monako, Eze… (8-16.06)

Treść jest chroniona hasłem. Aby ją zobaczyć, proszę wpisać hasło:

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Wpisz swoje hasło, aby zobaczyć komentarze.

Zabezpieczone: Zurych… i okolica (8-12.05)

Treść jest chroniona hasłem. Aby ją zobaczyć, proszę wpisać hasło:

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Wpisz swoje hasło, aby zobaczyć komentarze.

Rammstein – 31.07 (i Gelsenkirchen, Wernigerode…)

Unikam tego ale tym razem dodam sobie notkę z datą wsteczną, bo tak mi pasuje żeby jednak była sierpniowa, kiedy jeszcze wspomnienie koncertu było nieco świeższe ;) Bo mianowicie po tylu latach wreszcie udało mi się iść na koncert Rammstein :D Jeszcze pamiętam jak pisałem o tym w 2005 roku… Jeszcze lepiej pamiętam jak próbowałem kupić bilet kilka lat temu ale jest to po prostu trudne ;) Tym razem dorzucili 2 koncerty (zamiast 2 w Gelsenkirchen zagrali 4), dzięki czemu udało mi się kupić bilet! Prawie najgorsze miejsca :D ale jednak! Bilet można było mieć elektroniczny ale zamówiłem papierowy… żeby było na pamiątkę do scrapbooka ;) (w końcu bilet z Die Toten Hosen też mam w tej formie :P ). Zaplanowałem sobie tak, że w drodze do PL na urlop (choć to nie jest po drodze :D ) pojadę na koncert, potem noc w samochodzie, potem gdzieś coś dalej pozwiedzać i do PL, tak też zrobiłem…

31.07 (środa)
Do Gelsenkirchen dojechałem przed południem, parking wybrałem sobie w mieście, w garażu podziemnym, który kosztował 5€ za cały dzień. Normalnie może i bym stanął gdzieś indziej i za darmo ale miałem ze sobą jednak bagaże, w tym komputer, mój główny, więc ważne było dla mnie zaparkować w jakimś w miarę monitorowanym miejscu. Wybrałem garaż na Margarethe-Zingler-Platz. Na miejsce koncertu poszedłem jednak na pieszo (choć mogłem pojechać, bilet na koncert upoważniał do skorzystania z komunikacji miejskiej), dotarłem około 18:00, więc myślę że akurat nie za wcześniej i nie za późno (żeby nie najgorsze miejsce mieć). Na wejściu przeszukania gorzej niż na lotnisku, macają torby i macają ludzi jak na filmach :D (ale dobrze, przynajmniej bezpiecznie). Dużo też takich wolontariuszy chodzi, których można było zapytać o drogę do odpowiedniego wejścia itp. Na zewnątrz ale i wewnątrz pełno barów z okropnie drogimi napojami, przekąskami pewnie też. Napój 7€ także ten… :D Ja nie wziąłem wody ale dałem radę ;) Tyle dobrze, że kubki z kaucją sprzedawali, to przynajmniej nie powstało tyle śmieci ;) W trakcie koncertu staliśmy choć to były schodki i zanim się zaczął, siedzieliśmy sobie, ale gdybyśmy siedzieli podczas koncertu, to by się wszyscy nie zmieścili :P ale ogólnie nie było bardzo ciasno i ludzie kulturalni itp, nie pchali się i jednak każdy patrzył żeby innym nie zasłaniać itp. (to zupełnie inaczej niż jestem przyzwyczajony z PL i pomniejszych koncertów…). Moje miejsce było dobre, bo taka metalowa barierka za mną byłą, to się mogłem oprzeć. Jedyny minus – niestety palenie nie było tam zabronione i niektórzy palili :/ (ale i niektórym innym też to przeszkadzało i nawet zwrócili komuś tam uwagę czy musi tu palić jakby nie mógł wyjść), a wyjście było możliwe. Ale nie rozumiem czemu w takich miejscach palenie nie jest zabronione, przecież palący też im tam robią syf, bo popiół strząsają i pety wyrzucają…
Nie byłem całkiem blisko sceny, właściwie byłem całkiem daleko ;) ale słychać było aż za dobrze :D głuchy by usłyszał, takie były wibracje :P (chociaż chyba szybko się przyzwyczaiłem ;) ). No ogólnie niektórzy ludzie mieli stopery i widać wiedzieli co robią, bo było naprawdę głośno. Po koncercie oczywiście taka kupa ludzi do tramwaju szła, że trzeba było czekać i czekaaać i czekaaaać… może i szybciej byłoby na nogach ale jednak to jest kawałek, szedłem już w jedną stronę, potem po staniu na koncercie, to już nogi bolały (mogłem jednak zrobić odwrotnie i przyjechać na koncert, a w drodze powrotnej iść…) No ale miałem rację, że samochodem byłoby jeszcze gorzej, też stali w dłuuuuugich sznurach, które długo w ogóle się nie przesuwały… No w każdym razie jak już dotarłem do parkingu, to tam drzwi garażowe zamknięte, ale pisze, że 24h otwarty i „proszę wolno podjechać” – no fajnie, tylko że ja jestem na pieszo :D coś tak czułem, że będzie jakiś problem :D obszedłem garaż naokoło, można było wejść przez wspólne wejście z REWE ale otwierane na zeskanowanie biletu parkingowego… który zostawiłem w samochodzie z taką myślą, żeby nie zgubić :D No ale jakaś obsługa tam też jest całodobowa, jakiś przycisk był, więc przycisnąłem (to dla stale parkujących – tak przy nim pisało, tylko nie wiem co miało to znaczyć, może oni też coś skanują), no w każdym razie ja nie miałem czego zeskanować, więc poczekałem i odezwał się jakiś facet, to mówię, że zostawiłem bilet w samochodzie i czy może mnie wpuścić, pyta gdzie jestem, to mówię „Pod REWE”, oni najwidoczniej obsługują kilka tych Parkhausów ale się domyślił adresu i jeszcze pytał czy pod sklepem czy przy bramie, mówię że pod sklepem i mnie wpuścił :) Wyjechałem już bez dalszych problemów.

1.08 (czwartek)
Na czwartek zaplanowałem zwiedzić Wernigerode. Już nic aż tak ciekawego nie ma po drodze ;) (tzn. jest jeszcze Lipsk ale nie chciałem po tylu km jeszcze więcej tym razem robić, więc to jeszcze kiedyś), przejechałem więc około połowę drogi i postanowiłem się przespać (koncert skończył się dość późno bo przed 24:00, zanim dotarłem do samochodu, to około 1:00 było), spałem 4 jakieś godziny, mógłbym dłużej ale sam się obudziłem, więc uznałem że wystarczy, poza tym zaczynało robić się zimno. Ale tym razem miałem na tyle mało bagaży, że nie musiałem składać foteli, kartony weszły między fotele na podłogę, a parę innych rzeczy po prostu na czas spania przestawiłem z tyłu do przodu i mogłem się z tyłu położyć :) Dojechałem bez problemu, na P+R dużo miejsca było (choć później już nie, więc też lepiej rano tam stawać). Przeszedłem się po mieście, zjadłem gofra „bąbelkowego” z lodami i owocami, kupiłem sobie widokówkę, postanowiłem wdrapać się pod zamek… I spotkała mnie najbardziej nieprzyjemna przygoda, bo telefon mi się zrestartował i zapomniałem pinów do kart… (tak rzadko je wpisuję, że zapomniałem). Nie dało się przejść dalej, pomyślałem, że może wyłączę i włączę ale wtedy było jeszcze gorzej, bo nawet ponownie wyłączyć nie mogłem! Mój telefon zawsze na początku pyta o kod (cyfrowe hasło ustawione na telefonie) ale zanim zdążę je podać, to pyta już o piny – jeśli nie podam pinów, to nie wróci też do podania hasła telefonu i nie da się już zrobić nic :/ Wkurzyło mnie to niezmiernie, no bo ej – nie ma dostępu do kart sim to ok, niech sobie nie będzie ale dlaczego nie ma opcji tego pominięcia? Chcę przynajmniej uruchomić telefon i korzystać z aparatu! A tu się nie da. Siedzę tak pod tym zamkiem i się wkurzam, już pomijając że trudno mi będzie wrócić do samochodu bez nawigacji ale no zdjęcia! Wymyśliłem, że jedyną opcją jest wyjęcie kart sim (powinien wtedy zadziałać), a jeśli o drucik chodzi to dzień wcześniej zobaczyłem w torbie spinkę od chleba i nawet się zastanowiłem co ona tam robi ale zostawiłem i na szczęście! dzięki temu mogłem zerwać z niej plastik i wydobyć drucik (najpierw zacząłem palcami ale za trudne, kluczem się udało oskrobać plastik :P ). Skoro się nie dało wyłączyć to kij z tym – pomyślałem i wyjąłem karty na włączonym. I udało się, telefon zadziałał! :) mogłem przynajmniej robić normalnie zdjęcia, no to wycieczka uratowana :D Do samochodu sprowadziła mnie HERE, no bo przecież mam mapy pobrane (tylko ona czasem nie chce działać offline mimo tego :/ ). Potem zdecydowałem jednak pojechać do muzeum lotnictwa, też jest w Wernigerode. W sumie po tym zdarzeniu z telefonem to tym bardziej, bo wiedziałem że oferują audioguide na komórce, co znaczy że muszą oferować też niezłe wifi i tak było faktycznie :D (mogłem przynajmniej mamie napisać na WhatsApp co się stało i że więcej z drogi nie napiszę i jak przyjadę to będę ;) ). Muzeum ma mały parking i jak nadjechałem, był już szyld że zajęte i gdzieś tam są możliwości parkowania, ale pomyślałem że, a jednak wjadę, boże ktoś odjechał a przecież co chwilę nie sprawdzają i tak było znalazłem jedno miejsce. Samo muzeum też ciekawe, taki kokpit samolotu robi wrażenie ale żeby docenić każdy kolejny czy zobaczyć różnice, to trzeba być chyba pasjonatem ;) W dalszej drodze też jeszcze miałem trochę przygód, bo do Polski już mnie HERE nie chciała doprowadzić… pomyślałem więc, że włączę mapy Google, zobaczymy co tam mi pokażą, choć się nie spodziewałem że cokolwiek bez internetu.. a tu niespodziewanie wczytało mi chyba z historii trasę, którą sprawdzałem wcześniej. I o dziwo doprowadziła mnie poprawnie! Owszem, bez uwzględnienia ruchu i nie zawsze był nawet lektor :P aale wystarczyłoby mi mieć trasę widoczną na ekranie. Po drodze zatrzymałem się jeszcze na 2h snu, znów z tyłu, tym razem jednak duszno było kiedy się obudziłem, (do toalety też mi się już chciało od popołudnia, więc to też nieprzyjemne…). Ogólnie jednak dojechałem około 00:30 i tymi jakimiś mapami Google :P No i takie to przygody ;)

Podsumowując… czuję się muzycznie usatysfakcjonowany, że udało mi się być na koncercie ulubionego zespołu :) lubię koncerty. Ale takie mam poczucie, że lepiej by było być tylko na koncercie, nie łączyć tego z podróżą donikąd (jeszcze lepiej by było jakby ten koncert był bliżej, np. w mieście zamieszkania :P ), wtedy mógłbym skupić się tylko na nim, a tak jeszcze musiałem ogarniać logistykę itp. i wrażenia trochę się rozmyły ;)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Podsumowanie 2023

To będzie chyba najkrótsze podsumowanie w historii tego bloga, bo mi się nie chce, a jednocześnie chcę parę rzeczy zanotować ;)

Przeczytałem/przesłuchałem 124 książki (jaka ładna liczba :D ), dla WOŚP w 31 finale zarobiłem 2276,66zł (64 przesyłki wysłane, większość InPostowych).

Udało się z wycieczką do Anglii… i muszę powiedzieć, że był to dość spokojny urlop, co do dziś wspominam (w jakoś taki wyjątkowy sposób… i że było w niej coś magicznego, i to nie tylko ze względu na Stonehenge ;) ) i to mi się podoba… Udało się też polskie morze latem i kilka mniejszych (weekendowych) wyjazdów. Na przyszły rok planowałem po kilka dni (max tydzień) w Nicei i może Barcelonie… ale ostatnio znów myślę o objazdówce po Ameryce Południowej z biura podróży, więc muszę jeszcze pomyśleć… (i sprawdzić ile ona teraz w ogóle kosztuje…). I też kilka weekendowych czy nawet jednodniowych – na razie mam zapał i bardzo mi się chce! Jakoś tak radośnie nie mogę się doczekać :)

Co do bloga – już jestem pewien, że choć część z tych treści trzeba ukryć, bo naprawdę wstyd po tych 20 latach :D A jednocześnie część treści jest dobra i niezła dla potomnych ;) Dodatkowo nie chce płacić mi się za hosting choćby na kolejny rok… ale na kolejny pewnie jeszcze zapłacę, bo też nie mam czasu kombinować w 20 dni jak tu przenieść bloga na darmowy serwer i żeby notki ukryte pozostały ukryte, a część z tych widocznych jeszcze ukryć… Za dużo roboty, a czas to jeszcze droższy mi obecnie pieniądz, więc chyba jeszcze w tym roku zapłacę.

W tym roku już faktycznie trochę mniej myślę o śmierci i przemijaniu ;) może dobre książki czytam ;) Ale o tych przemyśleniach innym razem, może już w następnej notce, bo właściwie notatki mam prawie gotowe…

Na przyszły rok planów/postanowień nie mam, życzenie wciąż to samo: rentierstwo, wygrana lub dochód podstawowy (tylko co raz bardziej palące ;) ). Ostatnio pomyślałem, że może dłużej spać, to by było coś, do czego warto dążyć… ale wydaje mi się za trudne i nie wyjdzie, to nawet nie zaczynam tego postanawiać :D
Ogólnie: prostota, minimalizm, lekkość, wolne życie – nadal do tego tęsknię ;) I tego sobie życzę w 2024 i zawsze.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Zabezpieczone: Październik 2023 – dwa długie weekendy i krótkie wycieczki ;) – Halle, Thale, Quedlinburg i Heidelberg

Treść jest chroniona hasłem. Aby ją zobaczyć, proszę wpisać hasło:

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Wpisz swoje hasło, aby zobaczyć komentarze.

Zabezpieczone: Trójmiasto (i inne…) – 18-24.07

Treść jest chroniona hasłem. Aby ją zobaczyć, proszę wpisać hasło:

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Wpisz swoje hasło, aby zobaczyć komentarze.

Zabezpieczone: Anglia – Salisbury, Avebury… (28.05-4.06)

Treść jest chroniona hasłem. Aby ją zobaczyć, proszę wpisać hasło:

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Wpisz swoje hasło, aby zobaczyć komentarze.

Zabezpieczone: Getynga i Kassel (29-30.04.2023)

Treść jest chroniona hasłem. Aby ją zobaczyć, proszę wpisać hasło:

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , | Wpisz swoje hasło, aby zobaczyć komentarze.