Noo tym razem pisałem relację na bieżąco (z małymi przestojami), więc jest dokładna, obszerna i szczegółowa ;)
Zarys podróży miałem już od dawna, wiedziałem że to będą Włochy i Neapol, a potem Rzym, tylko reszta nie była jasna i w końcu zdecydowałem tak jak zdecydowałem… a do Włoch muszę jeszcze co najmniej 1-2 razy wrócić :D Ale nie przedłużam.
25.10 – sobota – Neapol
No więc długo się zastanawiałem czy lecieć z Hamburga czy ze swojego miasta… Od siebie byłoby wygodniej pod względem dojazdu, ale lot z przesiadką w Amsterdamie, drożej i odrobinę później… Z Hamburga trochę wcześniej, no i bezpośredni, już krótko po 8:00 w Neapolu, no ale do Hamburga trzeba dojechać… Koszty biorąc pod uwagę dojazd, wychodziły prawie na to samo, czas też, snu może miałbym w swoim łóżku ze 2-3 godziny więcej lecąc z miasta zamieszkania… a może i też nie, bo czas magicznie się skraca jak się człowiek spieszy ;) Więc zdecydowałem się na Hamburg (i to chyba dobrze). Logistykę trzeba było niestety zacząć już od południa w piątek, bo żeby odjechać na cały tydzień w nocy z piątku na sobotę, auto musi sensownie parkować, a po drugiej zmianie, to może być niemożliwe… więc musiałem pojechać do pracy zbiorkomem :/ (żałuję, mogłem jednak rowerem, raczej nie powtórzę tej „przyjemności”).
No nic, potem nocny autobus na dworzec, Flixbus do Hamburga, pospałem trochę ponad godzinę w nim, potem S-Bahn na lotnisko… skomplikowane trochę, bo kupiłem bilet przez aplikację… on nie dojeżdża o tej porze do lotniska i się zastanawiałem czy czekać na ostatnim przystanku przed lotniskiem na kolejny, czy iść na ten autobus, który google pokazuje. Autobusy w obcym miejscu są z reguły trudniejsze do ogarnięcia niż jakieś metra, U-Bahny czy S-Bahny… ale jak wysiadłem i patrzę, kupa ludzi z walizkami, to postanowiłem iść za nimi i robić to co oni :D bo na tym wygwizdowie, o tej porze, mogli tylko zmierzać w tym samym kierunku ;)
Potem naszukałem się terminala – jakbym dobrze na tablicę popatrzył, to bym nie musiał szukać :D a ja popatrzyłem: wszystkie loty od szóstej, a mój przecież o 5:55 jest… a jednak nie, też na 6:00 zaplanowali i był oczywiście z terminala 1 (zorientowałem się jak już zdążyłem na drugi poleźć :D ale nic to, czasu miałem dużo i nogi jeszcze nie bolały).
Kontrola poszła nadzwyczaj szybko i kazali nie wyjmować rzeczy z plecaka (poza płynami), to jeszcze lepiej. Potem usiadłem, poładowałem telefon, wyczytali 4 nazwiska w tym moje – żeby się zgłosić na bramce. Pierwsze co pomyślałem, to że może chcą sprawdzić wielkość bagażu ludzi, którzy nie kupili żadnego dodatkowo poza małą podręczną torbę :D ale nie o to chodziło. Chodziło o to, że siedzimy koło wyjścia ewakuacyjnego i musieli nas zapytać czy w razie czego zgadzamy się pomagać… zupełnie jakbym już tego nie zaznaczał bookując bilet online ;) I żeby było jasne: ja sobie tego miejsca nie wybrałem, takie przydzielił system i chciałem nawet zmienić, bo chyba mogłem, ale zobaczyłem że w sumie więcej miejsca na nogi tam jest… Następnym razem zmienię, bo nie wolno na tych miejscach trzymać torby pod fotelami – to jest ten minus :P
Sam lot ok, nawet nikt obok mnie nie siedział, ale i tak jakoś wyjątkowo mi było nieprzyjemnie, prawie niedobrze czy coś…
Lądowanie planowo ale ponieważ nie do końca wszystko wcześniej zaplanowałem, posiedziałem trochę na lotnisku doplanowując i decydując… (oraz ponieważ nie byłem pewien gdzie w ogóle jest wyjście XD). Ponieważ i tak kupiłem Artecard na 3 dni, a w niej są darmowe przejazdy komunikacją miejską, nie zamierzałem płacić dodatkowo 5€ za jakieś osobne autobusy z lotniska i miałem dojść gdzieś do komunikacji… ale w końcu okazało się że do najbliższego punktu na mapie planów jest niewiele dalej, więc przyszedłem na pieszo z lotniska :P (jakieś 5km, łącznie tego dnia zrobiłem niby 23km ale Fit trochę zawyża, powiedzmy że 20). Była to katedra, potem połaziłem we wszystkie strony po tych najbardziej turystycznych uliczkach… i nic nie jadłem, bo się nie mogłem zdecydować :D
W ogóle nawet chciałem tylko na pieszo chodzić dziś, żeby Artecard aktywować może dopiero jutro, to byłaby ważna jeszcze we wtorkowe przedpołudnie, zanim ruszę dalej, i może bym jeszcze gdzieś pojechał… ale poddałem się :P i to dość szybko… już po 14:00 nogi wołały o litość (wtedy było na liczniku już 12-13km).
Artecard kosztuje 41€ na 3 dni, w tym są wstępy do 2 atrakcji do wyboru za darmo w ciągu tych 3 dni, spore zniżki na całą listę innych atrakcji, no i komunikacja miejska w całym regionie. Opłaca się, bo same atrakcje które wybrałem kosztowałyby mnie te 40€. Artecard można kupić na kilka sposobów – np. w biurze albo online i wtedy kody są w aplikacji. Jest to świetne i wygodne rozwiązanie… a raczej byłobym gdyby działało :D Znaczy u mnie wszystko działa tylko większość autobusów nie ma takich czytników :D (tzn. czytników kodów QR, to akurat drobiazg, bo ja bilet mam, więc liczy się, po prostu nie skanuję wsiadając jak nie ma czym zeskanować; trochę gorzej jest w metrze, bo na jednej stacji, pan strażnik już od razu mi machał żebym przeszedł tam gdzie otwiera, bo nie było czytników albo nie działały, na drugiej udało mi się zeskanować już po 3 próbach, bo czytniki byłym, a na trzeciej chociaż czytniki były to nie udało mi się i też jakaś pracowniczka już szła w moją stronę otwierać kiedy ja ruszyłem w jej ;) ).
Pojechałem więc najpierw na Garibaldi, skąd miałem niedaleko do hotelu (B&B OFF Rooms and Relax). Normalnie to bym może jednak jeszcze do niego nie szedł ale to był nieco dziwny nocleg – bardzo ładny pokój i tani i lokalizacja centralna… Chyba minusem jest to, że sterowalny wyłącznie za pomocą strony internetowej i ludzi to zniechęca… Znaczy jak człowiek pierwszy raz powoli to ogarnie, to jest to nawet proste (czy wygodne, to inna sprawa :D ) ale jednak bez telefonu z internetem nie da się tego systemu obsłużyć. A działa to tak: dostałem link z numerem rezerwacji i długą instrukcję pod jakie drzwi do budynku podejść, który przycisk na tej stronie kliknąć – drzwi do bloku się otwierają. Potem do której windy, dziwna jakaś ta winda i wolałbym jej sobie oszczędzić no ale to 6 piętro… Wjechałem tą windą i nie mogę otworzyć, więc myślałem że może teraz muszę drugi przycisk użyć (drzwi do apartamentu, jakby do hotelu) – coś się otwarło (słyszałem) ale nie moja winda XD no ale szybko rozkminiłem jednak jak otworzyć te drzwi i wyskoczyłem, a te drzwi otwarte do apartamentu były już obok. Wszedłem, zamknąłem, czytam instrukcję dalej, a tam że mam wybrać pokój po nazwie jaka została mi podana w momencie rezerwacji – uu, panie, a kaj to jest? :D Chyba z 10 minut szukałem nazwy pokoju i już też chciałem otwierać co bądź i nadsłuchiwać który może by się otwarł… bo wchodzę w rezerwacje – nie ma, wiadomości też parę od obiektu dostałem – nie ma. A wcale to tak łatwo nie jest wejść w historię wiadomości na bookingu, a przynajmniej wejść tam na smartfonie… No ale znalazłem tą nazwę, zadziałało. Technika. Dzisiaj nie ma podróży bez smartfona ;) Kiedyś mówiłem że jak tu podróżować bez map google… teraz to już i bez AI nie umiem :D bo co się będę ścierał szukaniem, Gemini wszystko mi powiedział i prawie się nie pomylił :P a tam gdzie się pomylił, to akurat sam wiedziałem już ;) Teraz nie trzeba do nikogo nic mówić, ChatGPT albo Gemini wszystko powiedzą :D szkoda tylko, że za mnie zamówień nie zrobią ;)
Po krótkim odpoczynku (i wypakowaniu połowy plecaka), ruszyłem dalej. Postanowiłem pojechać na najdalszy punkt, czyli zamek Castel dell’Ovo i kierować się w stronę centrum/hotelu. Tak też zrobiłem i pojechałem autobusem, który jednakże spóźniał się mocno i już prawie miałem iść na metro, ale przyjechał i się udało podjechać trochę dalej. Na koniec dnia do hotelu też przyjechałem (metrem, to mimo wszystko łatwiejsze) noo i po wizycie w supermarkecie (cola musi być…) zdecydowałem że muszę coś zjeść (czytaj: pizzę). Żadna z wysoko ocenianych pizzerii nie do końca mnie przekonywała przez okno (ja lubię jak cennik wisi widocznie, jak widzę do razu, że wydają na wynos itp…), no ale do ostatniej przed hotelem w końcu wszedłem – do pizzerii Da Pasqualino (cennika brak ale wydawali właściwie wyłącznie na wynos, a może nie wyłącznie ale domyślnie). Co by się nie ścierać, powiedziałem że Margharita :P nie wiem czy pani o coś jeszcze mnie pytała czy to nie było do mnie, bo nie zrozumiałem :D Ale po chwili oczekiwania (dość długiej ale niemało mają zamówień…) dostałem swoją pizzę… duża (30cm)… za 5€… czy była dobra? Pewnie nie umiałbym rozpoznać niedobrej włoskiej pizzy :D ale TAK! Te z niemieckich (i polskich) pseudo-pizzerii to mogą się schować, a ta była jeszcze o połowę tańsza… – to mówi samo za siebie :P Faktycznie nie dziwię się, że amerykańskie fast foody nie są tam tak popularne, po co kupować zastanawiające żarcie za wyższą cenę, jak maja tam taką pizzę na każdym kroku za 5€!
A Artecard przez apkę – czy polecam? Nie :D ale ma tą niewątpliwą zaletę, że nie trzeba do nikogo nic mówić przy zakupie, więc może jednak polecam :D
26.10 – niedziela – Neapol + Pompeje + Herkulanum
Dzisiaj wstałem rano już o 8:00 (dzięki losowi za zmianę czasu, przynajmniej się mniej-więcej wyspałem :D chociaż o dziwo po nieprzespanej poprzedniej nocy wcale nie byłem jakoś wykończony i nie byłem bardzo senny wieczorem…), tylko że o 8:00 to ja powinienem był wychodzić, a nie dopiero wstawać i jeszcze „tylko krótko” grać na smartfonie :P Więc zamiast na pierwszy po 8:00, zdążyłem dopiero na drugi pociąg do Pompejów. Na dworcu jakieś babki pytały faceta o bilet, stałem zaraz za nimi, więc jak już ten facet z obsługi tak bardzo pragnął się przydać, to pytam gdzie na mój pociąg, wskazał, nawet wziął mój telefon i pod czytnikiem zeskanował i nawet mu wyszło :D Ale to był dopiero początek…
Po dojeździe do Pompejów pytam, bo już na stacji pełno informatorów, jakiejś kobiety z informacji jak mogę wejść jeśli mam Artecard, ona że „na lewo” i coś że mam poczekać (?) nie bardzo zrozumiałem (tam czekać? raczej nie, może w kolejce…), więc pytam następnego, a on że przy wejściu. Więc poszedłem za wszystkimi. Kolejka, że hej, no ale ja podobno nie muszę czekać, więc podchodzę do kasy „online” i pytam skąd mam wziąć bilet (wtedy już wiedziałem, że muszę dostać bilet po zeskanowaniu Artecard), a pan że muszę poczekać w kolejce, to pytam: „W tej DŁUGIEJ kolejce?”, a on że tak ale nie w tej długiej, po prawej jest mniejsza. Dobra, stanąłem tam i pytam następnej babki w tej kasie (czy co to było), a ona mi na to, że muszę czekać w tej długiej kolejce… Fajnie, że tu każdy pracownik jest doskonale poinformowany… :/ Stanąłem, odczekałem, podszedłem do prawej kasy, a pan mi mówi, że do lewej… no ale to już poczekałem pod lewą. W końcu wszedłem (to już prawie 10:00 była…), ściągnąłem aplikację z audioguide (po niemiecku, polskiego nie ma), zwiedzałem. I kiedy tak wchodziłem na punkt widokowy… Bo ogólnie to muszę przyznać, że w kiepskim humorze tu leciałem – jakoś dużo stresu, dużo ogarniania, w domu też byłoby co robić i czasami pytam się wtedy po co to wszystko… że można by zostać w domu po prostu… Ale kiedy tak wchodziłem na ten punkt widokowy z widokiem na cały teren Pompejów i Wezuwiusz, 20-parę stopni ciepła (na oko to ze 23 co najmniej i to kiedy w Polsce/Niemczech jest najwyżej z 10 i się marznie… a ja bluzę dawno zdjąłem, ściślej mówiąc od razu po wyjściu z hotelu, bo od razu było za ciepło ;) na tym etapie to już i spodnie miałem podwinięte do krótkich), wietrzyk przyjemnie zawiał, to był ten moment, że odpowiedziałem sobie: właśnie po to! To właśnie dla takich momentów są te wycieczki :) (i zawsze mam takie momenty), wtedy czuję że warto było! I że nigdzie indziej nie wolałbym być teraz bardziej niż tutaj… a już na pewno nie w domu ;)
Po jakichś 4 godzinach stwierdziłem, że jak chcę zdążyć do Herkulanum (a bardzo chciałem), to czas już się zbierać. W sumie stwierdziłem tak wcześniej, tylko jeszcze tu i tam chciałem pójść, potem niektóre przejścia zamknięte mnie spowolniły i dopiero około 14:00 (chyba 14:17) dotarłem na pociąg. Pompeje leżą dalej od Neapolu, Herkulanum jest tak jakby po drodze (ten sam pociąg), więc wracałem w kierunku Neapolu. Ale oczywiście nie można było po prostu wsiąść w pociąg nr 1 i przyjechać, bo by było za prosto ;) Trzeba było po dwóch przystankach wysiąść i przesiąść się w, żeby było śmieszniej, również pociąg nr 1 ale taki nie ekspresowy co by się w Herkulanum zatrzymywał. Dobrze, że chociaż wyraźnie przyjrzałem się temu połączeniu na Google Maps, że tak trzeba zrobić, bo bym dojechał do Neapolu i nie zdążył już wrócić na zwiedzanie, bo niestety od połowy października Herkulanum tylko do 17:00… A tak trafiłem tam około 15:00 i nie było źle. Zwiedziłem chyba wszystko co chciałem i co warto tam zobaczyć (szkielety to największy hit, wszyscy o tym gadali ;) ). No i powrót był już prosty. Oczywiście już się ściemniło, więc pojechałem tylko na Plac Dantego w Neapolu, bo uznałem, że jego pomnik mogę obejrzeć i sfotografować też po zmroku ;) A potem jeszcze na przystanek Flixbusów co by obadać i wiedzieć na pewno gdzie one stają i jak się tam dostać – dobrze, że to zrobiłem, bo w tym mieście przejścia i dojścia nie zawsze są takie proste, a pod samochody trzeba się „rzucać”, bo inaczej nawet pasy nie gwarantują przejścia. Parkują ludzie wszędzie gdzie się da, przy czym przejścia dla pieszych i zakręty nie są tu żadną przeszkodą :D Ludzie parkują tak ciasno, że zastanawiam się jak w ogóle można wyjechać. Oczywiście niemal wszystkie samochody są jakoś porysowane, a niektóre powgniatane i mocniej uszkodzone (to mi się akurat podoba, że nikt się chyba tym za bardzo nie przejmuje, ja też bym się lepiej czuł za kierownicą gdyby podobnie ludzie podchodzili do tego w Polsce i Niemczech :P ), klaksony rzeczywiście rozlegają się stale, chyba z przyzwyczajenia ludzie trąbią bo nie zawsze widzę ku temu powód ;)
Wieczorem na tym Placu Dantego było parę straganów targowych, kupiłem takie gipsowe zapachy… (1€ za sztukę), bo ogólnie to jest tak, że już parę razy miałem coś kupić – w Neapolu słynne są czerwone rogi, jest to wszędzie i w każdej postaci, kosztuje od 0,50€ za maleńkie i 1€ za ju takie spoko wielkości, więc tyle co nic, ale… jak sobie pomyślałem, że to kolejna rzecz do obsłużenia, to wolę jednak zapachy – jak wywietrzeją, to można wyrzucić, a zanim to nastąpi, to jeszcze trochę się nacieszę i powspominam (tak myślałem, ale od tego czasu doczytałem, że te gipsowe figurki można ponownie nasączać).
Potem jeszcze przed powrotem do hotelu, poszedłem do Il Ciottolo – świetny lokal bo otwarty codziennie… od 18:30 do 6:30 – czyli dokładnie wtedy, kiedy inne nie :P Kupiłem sobie croissanta Rafaello i brioche w kształcie misia – bo jakżebym mógł sobie tego odmówić :D (5€… no ale to miś XD), chciałem wziąć jeszcze kawałek pizzy, ale małe były, a za 3€, więc sobie darowałem (i dobrze, bo się i tak tymi słodkimi napchałem do syta). Ogólnie nadzienia można tam dowolne wybierać, ten miś też nie musiał być koniecznie z czekoladą. Można też zamawiać przez automaty! …ale akurat nie działały i można było na nich tylko pooglądać… więc zestawiłem sobie tam zamówienie, zrobiłem zdjęcie, podszedłem do pana przy kasie i pokazałem na smartfonie, że o, to chcę – brawo ja! :D
27.10 – poniedziałek – Wezuwiusz (+ Neapol)
Oczywiście od początku wiedziałem, że chcę wejść też na wulkan, tylko nie wiedziałem kiedy ;) Jak już się zdecydowałem (czyli wczoraj, no może w sobotę), to oczywiście nie było już biletów, a można je kupić tylko online… (z małym wyjątkiem: co godzinę puszczają 10 biletów „last minute” na za godzinę ale można je kupić tylko na miejscu przez dedykowaną sieć wi-fi, która podobno jest tak wolna że jest to problem nawet jak się zdąży… więc duże ryzyko /które i tak rozważałem podjąć, gdybym nie znalazł innego rozwiązania/). Bilet kosztuje jakieś 11€, dojechać można na różne sposoby, można za darmo (znaczy z Artecard) komunikacją miejską przez Pompeje – ale to wyprawa 2 godzinna… Można z transferem z Herkulanum za 12€ lub Neapolu za 20€ tam i z powrotem – i to chyba najwygodniejsze opcje, no ale trzeba mieć bilet wstępu… Albo kupić transfer z biletem od tego samego przewoźnika – 30€ z Herkulanum lub 40€ z Neapolu… to sporo więcej niż 11+12€ ale jak się wszystko robi na ostatnią chwilę jak ja… to też jakaś opcja (ale trudno robić z wyprzedzeniem jak się jednocześnie chce mieć swobodę…). Patrzę na Herkulanum z tego Vesuvian Express, a tam już brak biletów na poniedziałek :( no cóż zrobić, patrzę na Neapol z niepewnością, bo nawet nie wiem skąd odjeżdżają (w Herkulanum już wiem, bo widziałem wczoraj ich przystanek)… no ale z transferem z Neapolu jeszcze mają wstęp! i jakaś promocja – 35€! To nadal więcej niż 23€ ale hej… bezpośrednio z Neapolu, a jak jeszcze wyszukałem (nie bez pewnego trudu, bo na kompie mi uparcie nie chciało tej podstrony wyświetlić po angielsku, ale na smartfonie poszło), że to prawie spod mojego hotelu (noo spod dworca, ale to kilka minut pieszo :P ), noo to jednak nie brać byłoby grzechem :D i odjazd o 9:30 – to jeszcze ekstra 2 godziny snu dostałem XD to chyba warto – wziąłem i nawet sprawnie poszła rezerwacja itp.
Ruszyłem rano na ten punkt zbiórki, to naprawdę bardzo blisko. Ludzi trochę już tam stało, więc się domyśliłem, że też czekają (zwłaszcza można się domyślić jak mówią w różnych językach i są wśród nich Azjaci ;) ). Przyjechał punktualnie, sprawdził bilety i ruszyliśmy. W drodze wziął numery komórkowe i na WhatsApp przesłali nam konkretnie bilety wstępu do Parku Narodowego Wezuwiusza (taka jest oficjalna nazwa). Dużo ludzi w opiniach narzeka na to, bo zasięg jest tam… znaczy przez cały wjazd na wulkan bardzo słaby. Przy samym parku jest niby to wifi… ale widziałem tam opcję połączenia się tylko przez zeskanowanie kodu QR, który zrobili… zielony – mój telefon go nawet nie zauważył kiedy próbowałem, także powodzenia :D Na szczęście udało mi się ściągnąć z internetu mobilnego w jakimś przebłysku łączności (byłem jednym z chyba niewielu szczęściarzy – tak nas nazwał pilot :D – którym się to udało jeszcze w autobusie /tak, najpierw ściągnąłem bilet, ale potem próbowałem łączyć się z wifi/).
Na miejscu ma się dwie godziny do autobusu powrotnego… ale szczerze – pewnie przewoźnik weźmie też późniejszym, pewnie też zgodziłby się wziąć do Herkulanum (ale nie odwrotnie, bo transfer z Neapolu jest droższy, więc jak ktoś wróci tańszym, to jego sprawa, najwyżej na stojąco jak zabraknie miejsc), a ostatecznie można sobie wrócić zbiorkomem – to wszystko to już luz, grunt się na tego Wezuwiusza w ogóle dostać :D (z resztą potem z nami też wracało kilka innych osób, choć oni do Herkulanum i potem zrobili przesiadkę… a raczej nam zrobili). No właśnie bo w drodze powrotnej w pewnym momencie, nie wiem czemu, kazali nam się przesiąść w mniejszy autobus tego samego przewoźnika. No to wchodzimy i zabrakło miejsca… poprosił 3 osoby, w tym mnie, do innego i jechaliśmy busikiem – to chyba nawet lepiej, bo szybciej i tak nie rzucało, w rezultacie byliśmy wcześniej w Neapolu niż reszta :P Ale ludzie, jak się po tym mieście prowadzi… ja wiem, już to pisałem ale naprawdę… nie ma czegoś takiego jak wymuszenie pierwszeństwa – po prostu się jedzie jak jest choćby troszeczkę wolne :D inaczej nie ma szans. Trąbienie dla zasady (a czasem ostrzegawczo, np. nasz autobus trąbił na każdym z licznych zakrętów, bo droga na wulkan wąska i kręta), skutery przejeżdżają na czerwonym, pasy bez świateł nic nie znaczą, bo i tak nikt się nie zatrzyma dopóki się nie wyskoczy przed maskę, a włazić na drogą trzeba i poza pasami, po prostu na pasach raczej nie trąbią. Chodniki są dobrym miejscem do parkowania jak każde inne :D nie ma też czegoś takiego jak zostawianie miejsc dla pieszych, że o wózkach nie wspomnę, z resztą nie ma to większego znaczenia, bo i tak żaden wózek by po tych chodnikach nie przejechał – są za wąskie i za krzywe, czasem nawet dla człowieka, dlatego często się chodzi po ulicy :P Takie są moje obserwacje z tych kilku dni ;)
No ale wracając – kiedyś ten przewoźnik dawał 1,5 godziny na Wezuwiuszu między transferami i niektórzy klienci narzekali… ale 2 godziny to bardzo spoko czas, taki akurat żeby wejść, pochodzić, popatrzeć, porobić zdjęcia, usiąść i zejść. Fajnie, że słuchają klientów.
Właściwie Wezuwiusz to zupełnie taka góra, a krater to jakby zasypana dolina – to nie jest aż tak spektakularny widok, jakby się może niektórzy spodziewali :P (ale oczywiście czytałem o tym zanim się wybrałem), najwyżej trochę pary się wydobywa, ale nie wiem skąd, bo nie ze środka, bardziej gdzieś z boku ściany. Ale widoki piękne i choćby dlatego warto! Noo i dlatego, że można zaliczyć sobie do osiągnięć życiowych spacer po wulkanie :D Kupiłem tam widokówkę i dostałem stempelek i kupiłem sobie też bransoletkę z koralików z lawy – w sumie zawsze chciałem taką, a to jest idealnie miejsce do zakupu takiej pamiątki praktycznej :P (ale to już kupiłem niżej, na parkingu – tam kosztuję 5€, na samej górze 8€, nie wiedziałem czy niżej na pewno będzie taniej ale Gemini potwierdził moje przypuszczenie :D /w kolejnym jakimś przebłysku łączności, choć paradoksalnie na samej górze internet działał lepiej niż na wejściu/).
Wróciliśmy więc już około 13:00, a to mi dawało jeszcze całe popołudnie! Wsiadłem więc w metro (i nawet udało się zeskanować Artecard :D ogólnie dzisiaj się jakoś udawało, chociaż nie zawsze od razu i nie zawsze przy pierwszym czytniku ;) ) i chciałem pojechać na wzgórze z zamkiem Sant’Elmo, ale wcześniej jeszcze wysiadłem przy zamku Nuovo, bo w sobotę już tam byłem ale się ściemniało a chciałem sfotografować za dnia. Potem miałem wrócić do metra… ale tak jakoś patrzę, że na wzgórze metrem 35min, na pieszo 41, więc… szkoda włazić do metra, szukać, czekać, może się opóźni – poszedłem na pieszo! Po drodze jeszcze malowniczymi wąskimi uliczkami… już tam były widoki, a ze wzgórza to już w ogóle! Ale myślałem że ten darmowy taras widokowy, to jakieś ogrody czy choćby zielony skwerek, a to nie, zwykła ulica :D Bo jakby był to park, to bym może tam został… a tak po chwili podziwiania widoku i szybkiej konsultacji z Gemini, ruszyłem jednak do katakumb San Gennaro – to te większe, w Neapolu są 2 takie, do odwiedzenia na jednym bilecie, z Artecard zamiast 13€ zapłaciłem 9€, drugie można odwiedzić w ciągu 12 miesięcy na ten sam bilet… no ale ja planuję iść tam jutro :D Do San Gennaro załapałem się na 17:00, ostatnie wejście (zawsze z przewodnikiem) po angielsku. Facet mówił szybko ale o dziwo wszystko zrozumiałem! Też nowe doświdaczenie :D Zdjęć nie było wolno robić ale nie tak, że absolutnie (nawet przewodnik od tego umył ręce ;) taki wymóg bo katakumby należą do Watykanu), więc można było coś tam ukradkiem ;) A potem powrót do hotelu… no do kolejnej pizzerii z dobrymi opiniami w okolicy hotelu :P I takiej gdzie wyraźnie mieli na google że sprzedają też na wynos – Oltre Pizzeria Democratica. I poszło szybko i bez jakiejkolwiek kolejki (wszyscy siedzieli przy stolikach, więc jak wszedłem, facet wziął zamówienie i po chwili przyniósł moją pizzę). Tym razem Marinara, bo jeszcze nigdy nie jadłem ;) też 5€ i równie dobra, a może nawet lepsza od tej sprzedwczoraj… Tak, odżywiam się tu głównie pizzą i croissantami ale hej – jestem we Włoszech, więc chyba mogę :D (w drodze do hotelu jeszcze pilne – cola w jakimkolwiek supermarkecie, bo mi się przypomniało, że się kończy ;) ).
28.10 – wtorek – Neapol i Rzym
Żeby na pewno wykonać swój plan na dzisiaj, wyszedłem z hotelu już o 8:00 rano. Poszedłem (dzisiaj na pieszo) do Katakumb San Gaudioso, pierwsze wejście o 10:00 ale trzeba wcześniej się zameldować (od 9:30, a nie wiedziałem ile będzie chętnych), zwiedzanie trwa również godzinę. Ogólnie moja ocena katakumb neapolitańskich jest… tak 4 na 5 ;) szczerze, to paryskie zrobiły na mnie o wiele większe wrażenie, bo tam są kości, a tu nie (kości zostały przeniesione na cmentarz Fontanelle, który obecnie jest zamknięty z powodu remontu), tutaj jakoś robi wrażenie wielkość i wykonanie katakumb (w tych wczorajszych, a w tych dzisiejszych sposób pochówku pod freskami), ale to za mało ;) No ale przewodnicy opowiadają też na końcu, że jesteśmy w dzielnicy owianej złą słabą i gdzie słabe są warunki pracy, a inicjatywa zwiedzania katakumb powołana została przez 5 wolontariuszy, a dziś zatrudniają na dobrych warunkach ponad 70 osób i zmieniają oblicze dzielnicy i otwierają na turystów – ok to mnie przekonuje i jest na plus.
Wyszedłem o 11:00 i miałem 2 godziny do odjazdu Flixbusa, przeszedłem się jeszcze przez miasto, zjadłem pizzę fritta (w 'A Puteca d’ 'a Pizza) – taki lokalny neapolitański wariant, to szkoda by było nie spróbować :P noo i lody, bo jakoś zapomniałem o tym, a jestem przecież we Włoszech! ;) pizza 5€, lody 4€ – tanio, a dużo. Byłem pełny po tej pizzy, ale przecież na deser jest osobny żołądek ;) Dotarłem na Flixbusa spokojnie, kupując jeszcze 2 widokówki (po 1€ każda, zdaje mi się że gdzieś widziałem tańsze, ale dziś na złość żadnych nie), a on i tak się spóźnił. Miałem szczęście, bo siedziałem sam, choć trochę gorzej że przede mną jakieś głupie dziecko bardzo się nudziło…
Podróż do Rzymu trwała około 3 godziny, potem ruszyłem na metro (bo najprościej i z resztą zdawało mi się że niezły dojazd do hotelu… no raczej noclegu, bo to niezupełnie hotel i w sumie ten w Neapolu też nie był). Odważyłem się w metrze skorzystać z systemu „Tap&Go” – wystarczy przyłożyć kartę płatniczą w każdym środku transportu, system sam nalicza odpowiedni bilet, a maksymalnie bilet dzienny (ale tego w Rzymie pewnie nie osiągnę, bo kosztuje 8,50€ – drogi i raczej tylu przejazdów dziennie nie zrobię). Nawet to działa jak na razie spoko i jest faktycznie bardzo wygodne (czy spoko to w sumie się dowiem jak już naliczą :D), nawet mają terminale zbliżeniowe, nie to co w Neapolu :D (nie no, żarcik taki, tam też niby mieli Tap&Go ale akurat tam bardziej opłacało mi się jeździć na Artecard).
Sam nocleg tu mam… powiedzmy wystarczający na jedną noc (prosty pokój ale z łazienką, co do czystości to można by mieć pewne zastrzeżenia ale to tylko jedna noc), ale pani chyba właścicielka była tak miła, że mi nawet doradziła iż autobusem 46 stającym 200m od hotelu dojadę na Plac Wenecki, a to samo centrum wokół którego mam wszystkie najważniejsze zabytki. A w drodze powrotnej ten sam autobus staje prawie pod furtką. Noo dobra, w sumie nie planowałem wychodzić dziś raczej (byłem już raz w Rzymie, to teraz nie muszę wszystkiego oglądać koniecznie, a z resztą będę miał jutro trochę czasu też), chciałem odpocząć, no ale skoro to tak łatwo, to po prysznicu wyszedłem jednak :P Nie byłem jedynym pasażerem (chociaż prawie – było nas 3 przez niemal całą drogę) i dobrze, bo zapomniałem, że we Włoszech się macha na autobus ;) Poszedłem pod Panteon, Fontannę di Trevi (już miałem mówić że jest tak samo zatłoczona jak 7 lat temu, więc przynajmniej nie gorzej, co daje jakąś nadzieję temu światowi… ale jednak nie, teraz stoi tam kilku pracowników i do zejścia na dół jest kolejka :P nie czekałem, starczy z góry) i potem w kierunku Koloseum. W Rzymie co kawałek jest coś ciekawego do sfotografowania, więc jest co robić. Ogólnie jednak staram się pohamowywać (bo potem „przerabianie” zdjęć to jest tragedia) i nawet mi idzie… a potem człowiek trafia na Koloseum i wszelkie hamulce puszczają :P Stamtąd wróciłem na nocleg. Google Maps wskazały dwa autobusy, poszło to nawet sprawnie, ale tym razem w tej 46 była kupa ludzi ;) Przejeżdżaliśmy koło zamku Sant Angelo i nawet się zatrzymał na światłach, więc jeszcze i taką fotkę zaliczyłem. Rozważałem wysiąść wcześniej i pójść do Watykanu by zobaczyć jak wygląda nocą aaale… no nie mogłem sobie odmówić tego podjazdu pod samą furtkę :D więc jednak nie, może jutro. Tu jestem na 2 piętrze, więc nawet nie zawracam sobie głowy windą, bo jest tak samo wkurzająca jak ta w Neapolu. Internet tu jest kiepski i wolę już chyba używać mobilnego (który tu też nie ma maxa ale jednak jest lepszy, na szczęście kupiłem pakiet zawrotnych 25GB, bo był tylko o 1€ droższy niż jakieś kilka GB, i tak tego nie zużyję na wyjeździe :P ), w Neapolu to wifi było super.
29.10 – środa – Rzym (a głównie Watykan)
Wyszedłem z hotelu około 9:00, pod Muzeami Watykańskimi (to jest prawdziwy cel mojej wizyty w Rzymie, bo nie udało mi się ich odwiedzić w trakcie pierwszego pobytu) byłem jeszcze przed 9:30 nawet jak już znalazłem właściwą kolejkę (to tylko ze 20min. spacerem od noclegu, tak się postarałem). Nie da się jednak wejść wcześniej niż 30 minut przed godziną z biletu (czyli u mnie 10:00, jednocześnie powinno się być pół godziny wcześniej), więc pan kazał poczekać z boku (ale nie tylko mi). Potem nas wpuszczono i nie musieliśmy czekać w tej dzikiej kolejce obok… Naprawdę kolejki tam są chyba większe niż do Luwru, aczkolwiek w Luwrze byłem 10 lat temu, to może tam też przybyło :P Po wejściu jest kontrola bezpieczeństwa prawie jak na lotnisku i pan mi od razu wskazał przechowalnię bagażu, bo za duży plecak – no baa, i tak nie zamierzałem z nim tam chodzić bo to ciężko :P (na nocleg już nie wracam, więc musiałem zabrać wszystkie rzeczy).
Ogólnie z tym biletem do Muzeów Watykańskich, to jest tak, że trzeba rezerwować z dużym, DUŻYM wyprzedzeniem. Nie wiem jak dużym ale kiedy 2-3 tygodnie temu chciałem zarezerwować, to już zwykłych nie było :/ Można wprawdzie przyjść po prostu pod muzeum z samego rana, odstać swoje w tej przerażającej kolejce (i pomyśleć, że kiedyś przeraziła mnie kolejka pod domem Anny Frank w Amsterdamie – haha)… i dowiedzieć się, że biletów nie ma już wcale na ten dzień i kasa nie sprzedaje. To za duże ryzyko, dlatego wziąłem bilet z przewodnikiem, bo te jeszcze były – 40€ :/ (normalne bilety wstępu 20€). Aaaale no muszę przyznać, że to może nawet nieźle wyszło, bo przewodniczka przynajmniej nam pokazała najważniejsze eksponaty i nie musiałem sam się nad tym zastanawiać ani ich szukać :P I hmm… kiedyś chyba nie można było po wejściu do Kaplicy Sykstyńskiej wrócić do muzeów i na tym kończyło się zwiedzanie (i taka była moja obawa, że jeśli na tym kończy się oprowadzanie, to nie będziemy mogli zostać dłużej) ale teraz można. Na Kaplicy się kończy zwiedzanie z przewodniczką (trwało 1,5h), a potem mogliśmy zwiedzać sami. Wiadomo, że tam się wszystkiego nie da zobaczyć – 7km mają muzealne trasy łącznie, a dla mnie 7km to spokojnie do przejścia (robię tu dziennie od 5 do 20km, może nawet nieco więcej czasami) ale co innego przejść 7km, a co innego zatrzymać się przy każdym z prawie 10 tysięcy eksponatów przypadających na każdy z tych kilometrów… – no niewykonalne, więc bardziej mam nadzieję, że chociaż każde muzeum odwiedziłem ale nawet tego nie jestem pewien :D
Wyszedłem około 16:00, bo miałem jeszcze inne miejsce w planie… Ale wychodząc przypomniało mi się, że przecież jeszcze Bazylikę św. Piotra wypadałoby zwiedzić tylko jakoś myślałem, że można będzie przez nią przejść… a jednak nie. Wejście jest tylko osobne… a przed nim następna wielka kolejka, aż poza bramy Watykanu.. I pisząc „wielka kolejka” nie mam po prostu na myśli sznurka ludzi za bramy, o nie nie, mam na myśli kolejkę na całą szerokość kilkumetrowego chodnika :] Nawet się tam ustawiłem przez chwilę rezygnując z tej drugiej atrakcji… ale kto wie ile by ta kolejka stała i czy w ogóle bym się jeszcze załapał. Poza tym, no heloł? No nie no, to jednak dla mnie przesada. Może jeszcze kiedyś wrócę i wtedy się ustawię tam jeszcze przed otwarciem ;)
A więc ruszyłem do tej innej planowanej atrakcji: to muzeum i krypta kapucynów z kośćmi jakichś 4000 z nich. Dlaczego w ogóle chciałem tam iść? Była wspomniana w książce „Paradoks czasu” Zimbardo, a ponieważ czas jest tym zagadnieniem, które mnie na obecnym etapie życia najbardziej zajmuje (jedyny zasób jakiego mi do pełni szczęścia brakuje ;) ), uznałem że powinienem tam iść :P Ostatnie wejście o 17:30, byłem chyba ze 40 minut wcześniej (na szczęście metro spod Watykanu, bez przesiadki, jedzie aż tam pod nich więc łatwo i wygodnie… poza tym, że ja już byłem na placu św. Piotra, a metro jest z drugiej strony i musiałem z powrotem iść :D ). Wstęp 10€, są tam szafeczki na bagaż i – co ciekawe – audioguide nawet po polsku! Fajnie to zrobili (audioguide w formie rozmowy gościa i oprowadzającego), ale czy to aż takie miejsce, w którym trzeba być? Może niekoniecznie ;) ale 10€ w dzisiejszych czasach to spoko cena, więc jest ok.
Odwodniłem się jednakże tego dnia bardzo, bo do muzeów nie wziąłem sobie wody… (znaczy zostawiłem w plecaku). Potem coś tam się napiłem ale i do krypt się spieszyłem, więc jak z nich wyszedłem, to od razu pod najbliższą fontannę z wodą pitną… nalałem, piłem, pokręciłem się tam i jeszcze raz nalałem ;) A potem w drogę pieszą w kierunku Watykanu raz jeszcze (bo chciałem zobaczyć oświetlony). Po drodze Schody Hiszpańskie, bo dzień wcześniej nie było mi po drodze, potem pizza, tym razem na kawałki – fajne ale mało :P (no ale 2€ za sztukę więc czego się spodziewać), więc najadłem się tak na pół. I w sumie dobrze, bo potem zachciało mi się sikać z tego picia, a we Włoszech o publiczne toalety jest trudno… Najprościej? Fast food ;) Poszedłem więc jeszcze do Burger Kinga (lubię też patrzeć na regionalne różnice), zamówiłem mały zestawik z wrapem i jakimś niby regionalnym serem, cena: 5€ (oni jeszcze takie tanie mają…). A potem jeszcze lody pod Watykanem, chyba nawet w tym samym miejscu co 7 lat temu mi tak smakowały. Nadal mi smakowały, choć mogłem może nieco bardziej wyraziste smaki wybrać ;) Porcję „średnią” (za jedyne 4€!) ciężko mi było zjeść, mogłem więc mniejszą wybrać (i tak zawsze 3 smaki dają, tylko różnej wielkości, więc też fajnie). Stamtąd znowu metrem, choć tym razem z przesiadką, na Flixbusa do Genui… który się spóźnił prawie godzinę, a przede mną siedziała baba, która się koniecznie musiała rozłożyć – wkurza mnie to bardzo i może to będzie kontrowersyjne co powiem ale uważam, że nie powinno być możliwości rozkładania foteli, bo to przeszkadza siedzącym z tyłu. Jedziesz nocnym autobusem? śpij na siedząco! (ja jakoś mogę), nie umiesz i masz z tym problem? Nie jeździj nocnym autobusem. Proste. Ja wybrałem nocny (planowo miał jechać od północy do 6 rano), żeby oszczędzić na noclegu i na czasie :P W dodatku obok mnie siedział jakiś wielki facet, a przez tą babę z przodu nie mogłem nawet wcisnąć plecaka pod nogi i trzymałem go na kolanach (no czy tam trochę z boku), więc ogólnie: było mi ciasno :P (ale przyznaję: mój plecak był sporo grubszy niż to właściwie dozwolone, więc nie jestem tu bez winy ;) mogłem też dać go nad głowę ale nie, bo muszę mieć dostęp do picia czy kabli, z resztą nie to że mi było szczególnie niewygodnie, czasem się o niego oparłem i ogólnie i tak prawie całą podróż przespałem… po prostu jak baba próbowała się rozłożyć jeszcze bardziej, to pchałem w drugą stronę i potem też od czasu do czasu się rozpychałem zmieniając pozycję :D z resztą bardziej rozłożyć się nie mogła, bo zwyczajnie nie było miejsca przez mój plecak ;) ). Podsumowując: choć było mi gorąco i nie najwygodniej, to i tak dosyć spałem i zmęczenia na drugi dzień nie było. Rozważałem żeby może do ostatniego celu najpierw pojechać by szybciej z Rzymu odjechać i w dalszą drogę – byłaby dłuższa noc ale jednak nie, szkoda czasu, stwierdziłem że lepiej wycisnąć Rzym do końca ;) I nie żałuję.
30.10 – czwartek – Genua
W Genui byłem o 7:00 rano i niestety padało. Nie to żeby lało, po prostu czasem padało, czasem przechodziło i tak w kółko… buty mi nie przemokły ale dwa razy było blisko ;) na szczęście potem przechodziło i wysychały. Obszedłem port, porobiłem zdjęcia, potem miasto – wszystkie te mniej lub bardziej znane budynki… I właściwie po 14:00 miałem już z głowy :D To nie jest aż tak duże miasto i zdecydowanie bardziej letnie – wtedy na pewno port jeszcze sympatyczniej wygląda (choć i tak widok na miasto był ładny). W Genui najbardziej znane jest chyba akwarium ale to nie jest dla mnie zbyt ciekawa atrakcja do zwiedzania i nie wiem czemu tak wielu ludzi przyciąga (a chyba przyciąga, bo bramki tak stały jakby i tam ustawiały się kilometrowe kolejki). Widziałem kilka akwariów w życiu, często to były fragmenty zoo, ale to mi wystarczy, ile można oglądać akwariów i czy to nie wszystko to samo? ;) Jest tam też muzeum żeglugi z prawdziwą łodzią podwodną, do której można wejść i to muzeum nawet przez chwilę rozważałem ale nie wiem, dzień wcześniej spędziłem większą część dnia w muzeach i chyba miałem dość :D Na śniadanie zjadłem foccacię (bo to specjalność w Genui) i jeej… no to co niemieckie supermarkety sprzedają czasem pod nazwą „focaccia”, too znowu jakaś nędzna podróbka :D (chociaż też lubię, po prostu nie wiedziałem, że focaccia może smakować aż tak „wow” jak ta w Genui ;) ), i to za jedyne 2,30€!! Było to pyszne! Potem jeszcze szybkie zakupy w supermarkecie: owoce dla porządku bo nie można chyba cały tydzień żywić się pizzą i lodami :D cola, bo wiadomo, no i kupiłem regionalne piwo (Birra Moretti) i też było smaczne! Takie delikatne, super! Chyba jedno z najlepszych piw jakie w życiu piłem, bo ja akurat lubię takie.
Gdzieś tak przed 15:00 dotarłem do hotelu (Red and Blues Music Hotel). Ten hotel opinie też miał różne, ale mój pokój był ładny, czysty, internet dobry i wreszcie więcej kontaktów! Nie czepiałbym się nieco postarzałych framug w łazience itp. ;) choć przed lustrem łazienkowym mogłoby być trochę lepsze oświetlenie…
Tak było deszczowo, że początkowo nie zamierzałem nawet już nigdzie wychodzić – miasto obejrzałem, chciałem trochę odpocząć w hotelu i postanowiłem nawet odpuścić jeszcze jeden punkt widokowy, który wcześniej zaplanowałem odwiedzić. Ale kiedy się wykąpałem, odpocząłem, zjadłem pół croissanta i pół kawałka brownie pistacjowego, które też kupiłem rano razem z focaccią w Focaccia E Dintorni i które też były bardzo smaczne (jako że nie jestem wielkim fanem czeoladowych smaków, „brownie” w innej wersji smakowało mi jeszcze bardziej :D ), a potem zobaczyłem, że w sumie to nie pada i nawet wygląda jakby mocno przeschło a zza chmur czasem wygląda słońce, więc stwierdziłem, że a może jednak wyjdę, jak nie na punkt widokowy (bo już się ściemniało), to choć popatrzeć na port oświetlony… No ale wyszedłem i niepewnym krokiem skierowałem się jednak w górę – może nie dojdę do samego punktu ale przeeecież mogę się przespacerować w górę… I tak krok po kroku doszedłem na ten punkt jednak ;) Nie było to tak odludne miejsce jak mi się zdawało że będzie, bo w sumie wszędzie obok domy aaale to tak między murami i czasami ciemnawo było… i niestety ludzie z psami, czasami bez smyczy :/
Widok ładny ale szkoda, że było już po zmroku, bo za dnia pewnie jeszcze byłby ładniejszy… Potem zszedłem do portu ale nie zachodziłem już tak daleko jak rano i w końcu wróciłem do hotelu. Także nici z odpoczynku ale jak widać nie mogę się pohamować żeby jeszcze czegoś nie zobaczyć jak jestem na wycieczce :D Chyba już nawet nie będę robić takich planów – odpoczynek na urlopie?! To nie u mnie :D
31.10 – piątek – Turyn
Tu miałem trochę obaw, ponieważ recepcja w moim hotelu była od 7:00, a ja miałem pociąg z Genui do Turynu o 7:24… To znaczy pociągi są właściwie co godzinę ale chciałem mieć tam cały dzień (do 20:00 kiedy to już miałem Flixbus powrotny do domu). Wprawdzie hotel w Genui był blisko dworca, specjalnie taki wybrałem żeby to rano sprawnie poszło ale i tak człowiek ma niepewność… zwłaszcza co tam z zakupem biletu itp. – w tej kwestii pamiętałem sprzed paru lat, że właściwie proces zakupu biletu we Włoszech na dworcu w automacie trudny nie jest aale kto wie ile będzie ludzi albo coś… A potem trzeba go jeszcze skasować… trzeba nadal czy nie trzeba? Gemini się przydaje po raz kolejny :D zdecydowaliśmy wspólnie, że zainstaluję aplikację Trenitalia i kupię sobie bilet przez nią (automatycznie są „skasowane” jeśli nie przełożę godziny odjazu, a nawet wtedy mam 4 godziny na skorzystanie, czyli późniejszym też mogę pojechać – droga Genua-Turyn to jakieś 2h). Na ten przejazd wybrałem pociąg zamiast Flixbusa z trzech powodów: 1. cena – owszem, był tańszy Flixbus ale coś mi czasowo nie pasował, reszta połączeń była już droższa; 2. wygoda, że nie musiałem wcześniej decydować tylko w dniu odjazdu; 3. ChatGPT (jeszcze w domu) wyjaśnił że to piękna trasa i warto, więc uznałem że pociągiem więcej zobaczę.
Udało się spokojnie zdążyć na ten pociąg po 7:00. Turyn to też ładne miasto, jest tam więcej do zwiedzania niż w Genui! Również i tu rozważałem 2 muzea: muzeum motoryzacji i muzeum kinematografii ale potem odpuściłem woląc obejść miasto. Na śniadanie zjadłem farinatę (w Focacceria Terre Liguri) – kolejny regionalny przysmak i była dobra ale bez „wow”, trochę za bardzo jajeczne danie jak dla mnie ;) (chociaż tam wcale nie ma jajek! :D ). Potem w ciągu dnia lody u Alberto Marchetti – trochę inna odmiana, miększe niż wszystkie inne które jadłem na tym wyjeździe i osobiście chyba wolę te twardsza aaaale ten jeden smak, który mieli, chyba zabaione… no zdecydowanie ten smak był „wow”, czegoś tak smacznego ze słodyczy dawno nie jadłem :P Potem szukałem WC, bo znowu ten sam problem… znalazłem jakieś przy placu handlowym dziwne, takie że albo na stojąco albo w kucki ale było dosyć czyste i darmowe, więc w sumie to fajne (i chyba łatwiejsze to do posprzątania dla sprzątaczy). Potem poszedłem w górę, za rzekę, na punty widokowe, w tym ten darmowy koło Klasztoru kapucynów – szkoda tylko że było dość pochmurno i góry ledwo widać :P to w dość znaczy sposób psuje ten pocztówkowy widok ;) (powinien być taki, a jaki był to niżej w zdjęciach) ale coś tam widać, więc uznaję za zaliczone ;) Zostałem tam do zachodu słońca, bo potem widok na oświetlone miasto w dole za rzeką też jest super. I sam klasztor jest ekstra oświetlony w specjalny sposób zawieszonymi obok kręgami ale tego chyba się nie udało uchwycić na zdjęciach tak jak bym chciał… A potem musiałem już się tak w miarę spieszyć w dół i na Flixbusa… Po drodze jeszcze wybrałem pizzerię, w której chciałem zjeść – no oczywiście kolejną odmianę regionalnej pizzy :D tym razem Teglio – pizzę z patelni która ma grubsze ciasto od klasycznej ale jest mniejsza. Niestety pizzeria, którą wybrałem, choć miała być otwarta od 18:00, nie była i musiałem szukać czegoś bliżej dworca… Znalazłem, choć z gorszymi opiniami (Il Padellino). To znaczy no 4/5 gwiazdek to też nieźle, ale ja celuję w takie 4,8 ;D Nie miałem jednak wyboru. Kupiłem (na wynos, to oszcędność wielu €), wybrałem Funghi, bo ogólnie bardzo lubię pizzę z pieczarkami, ale mogłem jednak wziąć zwykłą Margharitę – to by mi lepiej pozwoliło ocenić smak ciasta… a tak to hmm, dobre było ale wolę pizze klasyczne ;) no ale mówię – lepiej bym ocenił gdyby to była zwykła Margherita albo Marinara. Zjadłem w ostatniej chwili i zdążyłem na Flixbusa idealnie. 2 godzinna przesiadka w Mediolanie też jakoś zleciała. Lampugnano to strasznie obskurny dworzec, ale na plus że sklepik na nim jest czynny całodobowo (a także mają przechowalnię bagażu, to chyba nowa? nie pamiętam jej z poprzedniej mojej przesiadki w tym miejscu, bo przecież zostawiłbym wtedy walizkę i miał już Mediolan zaliczony, a tak to nadal czeka ;) ). Sklepik ma oczywiście okropne opinie, jak to takie dworcowe bary, ale ja kupiłem croissanta z nadzieniem (na drogę, na śniadanie rano bo wtedy w nocy byłem jeszcze pełny po pizzy) i był on nie drogi – 1,90€ a okazał się bardzo smaczny, więc ja im wystawię pozytywną opinię. Niestety wyświetlacz w środku tej minipoczekalni pokazywał jakieś głupoty ale ten na zewnątrz już ok. Flixbus przyjechał punktualnie, wszystko ok. Droga do Düsseldorfu była długa, większość przespałem i to całkiem nieźle ;)
1.11 – sobota – powrót
W Düsseldorfie byłem o 14:00, na ostatni odcinek to już była przesiadka na Flix-Train… i szczerze mówiąc nic ciekawego nie pamiętam poza tym, że w Düsseldorfie na dworcu długo się zastanawiałem co by tu zjeść żeby było smacznie ale i cenowo korzystnie i wybrałem precla z masłem i szczypiorkiem ;)
Zanim przejdę do zdjęć i kosztów, muszę jeszcze zapisać sobie pewien ważny wniosek z wycieczki… Wyjątkowo mi się podobało, że tak sobie trzeciego dnia poradziłem z tym biletem na Wezuwiusza… że na ostatnią chwilę, a jednak udało się dopiąć swego i że tak to wszystko jednak płynnie poszło… Że może trochę drożej, ale to przecież nie jakiś majątek, a wygoda i cel osiągnięty, i w ogóle… to mi dało dużą dawkę energii, która mnie trzyma w sumie do teraz i chyba tak już zostanie do końca roku co najmniej ;) Żałuję tylko że nie zdążyłem zapisać sobie na pamiątkę biletu wstępu, który przysłali na WhatsApp, bo niestety szybko go też z wiadomości skasowali… I to właściwie jedyny bilet z tej wycieczki jakiego mi brakuje.
I tyle różnorodnych regionalnych wariantów kuchni spróbowałem – właściwie wszystkiego, czego tylko można było spróbować (pomijając oczywiście dania, których nie jadam bo są np. mięsne).
Jak to fajnie podsumował chatGPT (bo lepiej mu idzie formułowanie moich myśli niż mnie :D ): moment osobistego przełomu: „o, ja naprawdę potrafię ogarnąć swoje sprawy, nawet trudniejsze”. I właśnie dlatego czasem życie musi nam rzucić jakiś mały, niegroźny „chaosik”, żeby ten dawny zasób się przypomniał.” :)
Zdjęć mógłbym tu zamieścić setki. Zrobiłem 1600, po „przerobieniu” zostało… jeszcze nie wiem, bo jeszcze nie skończyłem :D Jak tylko skończę, niezwłocznie sobie uzupełnię ;) Wybrałem jednak najlepsze:
Neapol:



Pompeje:


Herkulanum:


Wezuwiusz:



Rzym:





Watykan:


Genua:



Turyn




1. Flixbus do Hamburga: 10,98€
2. Bilet miejski S-Bahn z dworca na lotnisko: 3,63€
3. Samolot Hamburg -> Neapol: 122,97€ (tu chyba miałem drobną zniżkę za punkty… a może każdy miał ;) )
4. Flixbus Neapol -> Rzym: 7,48€
5. Flixbus Rzym -> Genua: 45,98€
6. Pociąg Genua -> Turyn: 14,45€
7. Flixbus: Turyn -> dom: 81,46€
8. Autobusy miejskie (u mnie): 3,20€
9. Przejazdy w Rzymie: 7,50€
łącznie: 297,65
1. Hotel Neapol: 167,76€
2. Hotel Rzym: 54,16€ + 6€ = 60,16€
3. Hotel Genua: 65€ + 2,50€ = 67,50€
łącznie: 295,42€
Artecard: 41€
Inne bilety wstępu: 35€ + 9€ + 40€ + 10€ = 94€
widokówki, pamiątki: 5€ + 3€ + 1€ + 3€ + 2€ + 1€ + 1€ = 16€
reszta (głównie, a właściwie chyba wyłącznie jedzenie): 74,20€
Reszta szczegółowo (rozwiń/zwiń):
(przejazdów „dużych” tu nie liczę, bo one zostały opłacone wcześniej)
25.10 (sobota)
– Artecard: 41€
– supermarket: 5,75€
– pizza Margharita: 5€
26.10 niedziela)
– 3 zapachy: 3€
– brioche i croissant: 5+3=8€
27.10 (poniedziałek)
– Wezuwiusz – transport i wejście: 35€
– bransoletka: 5€
– widokówka: 1€
– Pepsi: 1€
– pizza Marinara: 5€
– Katakumby (ze zniżką): 9€
28.10 (wtorek)
– pizza fritta: 5€
– lody w Neapolu: 4€
– 2 widokówki: 2€
– lody w Rzymie: 4€
– 3x przejazd w Rzymie: 4,50€
29.10 (środa)
– Muzea Watykańskie: 40€
– 2 widokówki: 2€
– krypta + muzeum kapucynów: 10€
– 2 kawałki pizzy: 4€
– Burger King: 5€
– lody: 4€
– 2x przejazd w Rzymie: 3€
30.10 (czwartek)
– focaccia 2,30€ + brownie 3€ + brioche 1,50€ (+opakowanie 0,20€) = 7€
– supermarket: 4,45€
– widokówka: 1€
31.10 (piątek)
– Farinata: 2,50€
– lody: 4,50€
– widokówka: 1€
– pizza Funghi: 7,50€
31.10-1.11 (w drodze):
– croissant: 1,90€
– precel: 2,60€
wszystko, wszystko łącznie: 818,27€ – bardzo spoko kwota, obecnie wszystko poniżej 1000€ wydaje mi się do przyjęcia jeśli chodzi o tygodniowy urlop z taką masą atrakcji ;)